Follow my blog with Bloglovin
Odkąd zamieszkaliśmy na wsi, nasze życie stało się nierozerwalnie związane ze zmianą pór roku. To własnie kalendarz astronomiczny wyznacza nam rytm roku. Mieszkając w mieście nie słuchałam tego naturalnego biologicznego zegara. Stłumiony klimatyzacją, dziwnym wielkomiejskim klimatem, oraz codzienną gonitwą, dawał o sobie znać kiedy robiło się za zimno lub za gorąco na dotychczasową garderobę.


Dziś przyroda wyznacza nam okresy wzmożonej pracy i okresy odpoczynku. Do najbardziej zabieganych z nich mogę zaliczyć przedwiośnie - czas od połowy lutego, do połowy maja ( w zależności od temperatur), oraz przedzimie, które u mnie trwa od połowy września do końca października. Są to dwa momenty w roku, kiedy zmieniamy nasze otoczenie o 180 stopni. Dziś chciałam Wam opisać nasze przedzimie. Rozpoczyna się ono mniej więcej wraz z pierwszym symptomem Syndromu NORY. Zaczynamy przygotowywać nasz dom, otoczenie i nas samych na nadejście zimnych, słotnych dni. 


DOM

Tutaj przygotowania zaczynam najwcześniej. W tym roku postanowiłam nieco je poszerzyć, o tradycyjne, coroczne sprzątanie świąteczne. Umówiłam się sama ze sobą, że nie będę tracić ani chwili ze świątecznego klimatu (który u nas w domu gości już od 6 grudnia) i zamiast latać z mopem i szmatką, będę piekła pierniki i wygrzewała się przed kominkiem czytając córce świąteczne opowieści. Ponadto dochodzi jeszcze mocno praktyczny aspekt tego całego sprzątania. Im bliżej świąt tym mniejsza szansa na sprzyjającą sprzątaniu aurę. I dlatego porządki zimowo - świąteczne mam już za sobą. Rozpoczęłam je w połowie września, kiedy pogoda i temperatury były iście letnie. Spokojnie pomyłam okna, poprałam firanki, zasłonki, kołdry, poduchy. Wszystko wyschło na zewnątrz owiane wiatrem i muskane słońcem. Wyniosłam wszystkie niepotrzebne graty i przedmioty zostawione na nigdy nienadchodzące zaś. W szafkach i szufladach zrobiło się przestronnie, a na strychu zapanował ład i porządek. 



Końcówka września to również czas wekowania. W tym roku zaszalałam. Zrobiłam dżem wiśniowy, sok malinowy, przecier pomidorowy, powidła śliwkowe i mus jabłkowy. A nawet zakisiłam ogórki, spakowałam tarte buraczki do słoików, a warzywa z ogródka pokroiłam w kostkę i zamknęłam w zamrażarce. Kiedy więc zapasy na zimę zagościły w kotłowni, uzupełniłam braki wszelakich niezbędników domowych ( proszki, płyny, środki czystości, szczotki, etc - czy Wam też wszystko wychodzi i zużywa się jak na komendę?). W międzyczasie zmieniłam domową aranżację, wyjęłam jesienne, wrzosowe koce i poduchy, oraz zaopatrzyłam się w kilka nowych perełek, bez których teraz nie wyobrażam sobie naszych jesiennych wieczorów.






Jak już wspominałam Wam w poprzednim poście, syndrom nory wyzwala we mnie instynkt otaczania się ciepłymi, mięsistymi przytulnymi tkaninami. Uwielbiam w tym okresie wszelkie wełny, włóczki, sznurki. Na przeciw moim jesiennym potrzebom wyszły Dziewczyny z domowebrudy i wydziergały własnoręcznie piękne poszewki na poduszki. Dwie z nich idealnie pasujące kolorystycznie do pokoju córki, zagościły w jej łóżku. Dwie szare, czekają na zimową aranżację sypialni, którą pokażę Wam niebawem. Marzy mi się jeszcze pled do kompletu, szary, mięsisty i cieplutki :) Ze sznurka bawełnianego natomiast mamy pufę. Już dawno myślałam nad czymś do siedzenia, kokonowania, dla Mai. W końcu zdecydowałam się na taką pufę, od Elizy z Zakątek Elizy i chyba muszę zamówić dwie dodatkowe, bo trwają o nią regularne walki. Fantastyczne w niej jest to, że sama dostosowuje się do naszych 4 liter i pozwala znaleźć najwygodniejszą pozycje :)

OGRÓD

Prace w ogrodzie w dużej mierze zależne są od stanu wegetacji naszych roślin, oraz aury. Pracy jest tu co nie miara. Pomimo, że nasz ogród i warzywnik nie jest jakiś imponujących rozmiarów, spokojnie pracy starcza na kilka tygodni. Ja zaczynam od warzyw i warzywniaków. Warzywa wykopuję, zagospodarowuję, czyli albo mrożę, albo wekuję lub suszę. Warzywniaki przekopuję, wyrównuję i zostawiam na zimę. Poletka truskawek, pielę i zostawiam, tak aby opadające liście mogły stworzyć im ciepłą pierzynkę na nadchodzące mrozy, a wiosną łatwo było je wydmuchać spomiędzy krzaczków nie uszkadzając sadzonek. Z tegorocznymi pracami w ogrodzie zdążyłam akurat przed trwającymi u nas od dwóch tygodni deszczami. To też dobry czas na pierwsze ciecia, zwłaszcza roślin ozdobnych i mniejszych krzewów. Na ciecia drzew i drzewek czekamy do końca ich wegetacji i przejścia w spoczynek. O tej porze roku, w ogrodzie jest już pusto. Rośliny przycięte, czekają do wiosny, część z nich zabezpieczymy później na wypadek ostrych mrozów. Również ostatnie tegoroczne koszenie trawy za nami. Ostatnie prace jesienne to grabienie liści. Ale to jeszcze potrwaaaa, bo drzewa u nas wciąż zielone. 


Te jesienno - zimowe przygotowania sprawiają mi wiele radości i zwyczajnej satysfakcji. Kiedy za oknem kolejny tydzień siąpi deszcz, a zimno tak, że nosa za drzwi nie chce się wyściubić, stoję sobie z kubkiem kawy w rękach i patrzę przez okno na moknący ogród. Mam poczucie, dobrze wykonanej pracy i tego, że wszystko jest na swoim miejscu. Dlatego zupełnie nie rozumiem osób ciągle zadającym m i pytanie czy mi się na tej wsi nie nudzi. Nie rozumiem jak można się nudzić samemu ze sobą? Co dopiero mając duży dom i ogród wymagający stale pracy, do tego dwulatka i gromadkę kotów ;) Jest tyle rzeczy do zrobienia, do ogarnięcia, do przygotowania, do sprawdzenia, do dowiedzenie się, etc. że pomimo tego iż wstaję około 7-8 rano i kładę spać po 22, wciąż brak mi czasu :)

P.S Przepraszam Was za jakość zdjęć. Niestety mój komputer, na którym mam wszystkie "narzędzia pracy", włącznie z logo i programem do obróbki zdjęć, odmówił współpracy. Myślałam, że to błahy błąd karty graficznej, jednak to coś bardziej skomplikowanego. Dlatego dziś nienajlepsza szata graficzna i zupełnie nieobrobione zdjęcia, wykonane smartphonem :/
Idzie jesień. Pierwszy raz w tym roku poczułam chłód nocy. Wyrwał mnie on z objęć Morfeusza i zmusił do opuszczenia ciepłej pościeli. Poszłam pozamykać okna. Schowałam wystającą nóżkę córeczki pod kołdrę i podreptałam z powrotem do sypialni, do łóżka.




Idzie jesień. Wieczory i ranki zimne, okna w salonie zaparowały z powodu różnic temperatur. Cienie długie, jesienne, wieczorne mgły, żółte liście lipowe i zapach jesieni. To wszystko uruchomiło we mnie, jak co roku, SYNDROM NORY. Nora kojarzy mi się bardzo, bardzo miło. Po pierwsze jako schronienie. Ciepłe, przytulne miejsce, pełno zapasów na zimę, ciepłych piórek i słomy. Po drugie, tak nazywa się dom Państwa Wesley'ów, sympatrycznej rodzinki z mojego ukochanego Harrego Pottera. Ich Nora, również emanuje ciepłem, domową miłością i ma pełną spiżarnię ;)


Kiedy poczuję pierwsze oznaki jesieni w powietrzu, zaczynam niczym polna myszka wyposażać NORĘ na zimę. Pojawiają się pierwsze przetwory. Sok malinowy do herbaty i na odporność, dżem wiśniowy, do kolacji i śniadań z kakao. Przeciery pomidorowe, musy jabłkowe i inne niezbędne do przetrwania chłodów specyfiki. Dają mi one poczucie bezpieczeństwa, tworzą klimat i ciepło domowego ogniska. Już nie wspomnę o ich działaniach antydepresyjnych, kiedy w szary jesienny poranek odkręcam słoik pachnący wiśniami :D





Uzupełniam zapasy kaka, gorącej czekolady, ale i węgla oraz drewna na zimę. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę usiedzieć spokojnie kiedy wieczorny chłód daje po nosie, a w stodole nie mamy kupy węgla... Tak więc odhaczam poszczególne punkty na liście, aby zabezpieczyć nasz dom i zapewnić nam spokojne "norowanie".


I tak, wiem że do kalendarzowej jesieni jeszcze miesiąc prawie. I tak wiem, że zima jeszcze daleko, jednak tak już mam, że wolę przygotować się do nich wcześniej. Tak, aby później spokojnie móc korzystać z ich uroków :) Z tego też powodu, szukam ciepłych skarpet, wełnianego swetra i mięsistych tkanin. Najpierw ubieram Maję, w jej szafie już wisi kurtka zimowa i jesienna, zestaw czapek i szalików na mniejsze i większe chłody. Sweterki, ciepłe rajstopy, piżamy i szlafroczek. Czemu tak wcześnie zapytacie. Niestety, tak już dziwnie jest w handlu, że sezon zimowy zaczyna się pod koniec sierpnia. Za chwilę wszyscy udadzą się na zakupy i albo nie będzie już w czym wybierać, albo rozmiarów nie będzie. Dodatkowo lubię robić jej zakupy z kanapy. To taki luksus. Wiem jaki ma rozmiar i wiem, że co w nim nie kupię, będzie na nią dobre :) Jedynie buciki kupujemy z córą. Długa i wąska stopa to nie lada wyzwanie w doborze obuwia. Za chwilę przyjdzie czas na moją garderobę. Tu już sprawa o wiele trudniejsza i niestety czeka mnie wizyta w centrum handlowym :/




Kiedy syndrom Nory zostanie we mnie "ugłaskany", przestaję przebierać z nóżki na nóżkę i zwyczajnie cieszę się jesienią. Tą piękną, złotą, polską, ale i ta szarą i dżdżystą. Bo kiedy w kominku buzuje ogień, a my pijemy herbatkę z malinami i zajadamy ciasto ze śliwkami, nic nie jest w stanie popsuć nam humorów :)



A Wy? Dopadł Was już syndrom Nory?

Buziaki :* Iza
Tegoroczna jesień zachwyca mnie niezmiernie. Takiej ferii barw, odcieni i koloru dawno nie było. Sama nie wiedziałam, że pomarańczowy może istnieć w aż tylu wariantach. Podobnie z żółtym. Tymczasem przyroda zaskakuje i oczarowuje mnie ogromnie. Podejrzewam, że dzięki tegorocznemu latu, gorącemu i słonecznemu, możemy teraz podziwiać tą paletę barw. Pięknie nam lato pokolorowało i drzewa i trawy i krzewy. Nawet w słotne dni wygląda to pięknie i rozwesela ponury krajobraz.


Tymczasem u mnie w domu fiolety, czerwienie, wrzosy, pomarańcze. Mocne, soczyste, pełne kolory. Zarówno w tekstyliach, jaki i własnoręcznie zrobionych dekoracjach. Przyznam się od razu, że nie należę do osób mogących w każdym sezonie wydać fortunę na nowe dekoracje. Pomimo tego, że różne dodatki krzyczą do mnie z wielu sklepów - kup mnie, Ja nie daję się ponieść zakupocholizmowi i mówię NIE. Sprawa ma się jednak zupełnie inaczej kiedy idę do ogrodu, czy na spacer. Mijam piękne, różane owoce, cudowne głębokie kasztany, dorodną jarzębinę. I kiedy wszystkie one krzyczą weź mnie ze sobą, nie jestem w stanie im odmówić ;) Zbieram więc napotkane skarby, zabieram ze sobą i tworzę twory przeróżne, wykorzystując to co mam akurat pod ręką. Najczęściej są to wazony, klosze, słoiki, weka, stare dzbanuszki. Tak powstały również tegoroczne dekoracje.


W pierwszej kolejności zapraszam Was do salonu. Rozsiądźcie się wygodnie. Fiolet, wrzos, dynia i patison przywitają Was od stołu, rozpalimy kominek i ogarnie nas przyjemne ciepło. Na kominku dekoracje z kasztanów, róży i łupinek kasztanowych. Proste, tanie, oryginalne. Świeczniki powstały w pięć sekund. Na starych pokrywkach od słoików WEKA postawiłam świeczki, obok nich poukładałam kasztany oraz łupiny od nich. W gotowy wianek zakupiony kiedyś za grosze powtykałam owoce dzikiej róży. Całość prysnęłam lakierem, aby ładnie się świecił i dłużej pozostał "jędrny" :) Na stole znajdziecie lampion z okrągłego wazonu, do którego włożyłam starą, mocno wypaloną świeczkę i obłożyłam na przemian szyszkami świerkowymi i jarzębiną.




Z salonu przejdziemy do przedpokoju. Na ławeczce pod schodami rozsiadł się rogacz, w towarzystwie koronkowych poduszek. Na komodzie postawiłam wazon, a w nim kwiaty pora i dębowe liście. 



W kuchni królują dynie. Ich pomarańczowy, intensywny kolor zdecydowanie ożywia beżową kuchnię i dodatki.






Idzie jesień. A może już tutaj jest? Tegoroczna susza znacząco ją przyśpieszyła. Ostatnio porównywałam zdjęcia z ubiegłego roku, z tym co mamy dziś. Bez wątpienia mamy późny październik. I tylko temperatury nadal letnie. Chociaż poranki i wieczory już chłodne.


Idzie jesień. Poczułam ją w kościach. Długie cienie, pomarańczowe promienie, zamknięte okna na noc, rześkie powietrze nad ranem. Łyse lipy, opadające liście dębów, puste, zaorane pola. Poczułam ją i zabrałam się za jesienne przygotowania. Lubię tą porę roku, zresztą odkąd mieszkam tutaj lubię każdą porę, bo każda jest piękna, inna, wyjątkowa. Na każdą czekam i witam z radością. Podobnie jest i teraz. Cieszę się na grabienie liści, zapach dymów z ognisk, spadające kasztany, brodzenie w opadłych liściach. Uwielbiam jesienną przyrodę i jej zamgloną aurę. Ale lubię też dom i nasze domowanie, do którego rozpoczęłam już przygotowania.


Każdą porę roku witam domowymi porządkami. Myję okna, wyganiam pajączki, przeglądam szafy i szuflady. Wynoszę na strych to co poczekać musi do przyszłego lata, znoszę zaś ciepłe swetry i jesienne gadżety dekoracyjne. Lubię te porządki. Czuję się wtedy jakbym zaczynała od nowa, nowy rozdział. Wymiatam stare, niepotrzebne tworząc miejsce nowemu, wpuszczając nową energię. Takie porządki oczyszczają nie tylko przestrzeń ale i myśli oraz duszę. Dają czas na refleksję, przemyślenia, spojrzenie wstecz i zastanowienie nad tym co dalej. Jednak w przeciwieństwie do wiosny i lata, energia jesieni nie zmusza do biegu, nie każe wymyślać i realizować tysiąca projektów. Pozwala spokojnie i powoli żyć i cieszyć się każdą chwilą. Zatem pomiędzy sprzątaniem kolejnych pomieszczeń, dopieszczaniem zakątków i pierwszymi jesiennymi dekoracjami, popijam niespiesznie kawę z mojej muchomorowatej filiżanki i zajadam jabłecznik.



 Moja jesień ma kolory fioletu i czerwieni, jakoś z nimi mi w tym roku po drodze. Wieczorami zaś, zaszywam się pod ciepłym pledem z herbatą karmelową i czytam. A może polecicie jakieś przyjemne, jesienne czytadło? Co tam u Was na półkach teraz gości?
Tylko patrzeć jak zacznie trzaskać ogień w kominku, a nam dowiozą nową porcję węgla na zimę.


P.S Zdjęcia z ubiegłorocznej jesieni ;)
Dawno mnie nie było. Co tu dużo pisać, życie z 14 miesięczniakiem zaczynającym przygodę z chodzeniem na własnych nogach, nie pozostawia zbyt wiele czasu na wirtualne zwierzenia. Do tego panująca nam susza, zabierała cenne wieczorne godziny, kiedy to panna Anna słodko już spała, na podlewanie haziajstwa, aby nie umarło doszczętnie. I tak codziennie na dwie studnie pompa pompowała hektolitry wody, utrzymując przy życiu dwa warzywniki, ogród, podwórze i doniczkowe podwórzowe. Dzięki temu większych strat brak. Jedynie trawa nie wytrzymała próby sił i niestety mamy w niektórych miejscach puste, wyschnięte place. Mam nadzieję, że jako trawa łąkowa, nie sianka, wzejdzie bujnie w przyszłym roku...

Kiedy już aura odpuściła i wieczory znowu zapowiadały się wolne, wpadliśmy w wir wekowania. Przerabialiśmy, gotowaliśmy, pasteryzowaliśmy. W tym roku głównie soczek z malin, powidła śliwkowe, przeciery pomidorowe, soki z czarnego bzu. Jeszcze przyjdzie czas na mus jabłkowy.

Na to wszystko złożyły się również inne sprawy. Jak w życiu każdego z nas bywają chwilę cięższe i mniej przyjemne tak też było, jest u mnie. Dostałam ostatnio dużo do myślenia i przemyślenia. Posypały się gorzkie żale, przykre słowa. I to z najmniej spodziewanych stron. Postawiłam pod znakiem zapytania wiele niby pewnych spraw w moim życiu. Przez chwilę odechciało mi się sprzątać, dbać, pielęgnować, urządzać i dekorować. Myśl o nadchodzącej jesieni i jej urokach jakoś nie poprawiała nastroju.

Dodatkowo dowiedziałam się też, że jestem mało oryginalna, mieszkam na wsi jak setki innych ludzi i nic takiego ciekawego tu nie robię. Siłą rzecz zatem rozważałam kwestię pożegnania się z Wami. Skoro nie jest ciekawe to o czym Wam piszę, nie jest za grosz oryginalne i na innych blogach aż kipi od inspiracji, której tu znaleźć nie można... To po co to pisać? Dawno blog ten przestał być "pamiętnikiem remontowym", jakim był z założenia i u swych początków. Dawno przestałam pisać tylko dla siebie, "do szuflady". Piszę też dla Was.  Z drugiej jednak strony stale powiększa się grono obserwatorów, fan page na facebooku rośnie w siłę, zbliżamy się do 80 000 wyświetleń bloga. Wiadomo, że z najpopularniejszymi równać się nie ma sensu, jednak chyba ktoś tu ze mną jest?

I tak z głową pełną rozterek, wielkich znaków zapytania i nadziejami na lepsze jutro wchodzę w ten jesienny czas. A na małe smuteczki zaparzam kawę, otwieram puszkę karmelu lub idę na spacer przywitać jesień.

Poniżej dzielę się pięknem naszej okolicy. Zdjęcia mojego autorstwa, bez podpisów, korzystajcie :)










Jesiennie się zrobiło, pochmurno i słotnie. Stale siąpi lub leje. Ptaki zamilkły, widocznie zajęte jak nasze sikorki uszczelnianiem domostw przed zimnem (Sikorki wyskubują nam styropian z parapetów i zanoszą w sobie tylko wiadomym kierunku. Podejrzewamy, że doceniły jego właściwości izolacyjne i docieplają domostwa :). W domu rano i wieczorem roznosi się zapach drewna, ogień w kominku przyjemnie ociepla wnętrze nadając mu przytulności. Pojawiły się też pierwsze jesienne dekoracje. W tym roku nie będzie u nas typowo. Postanowiłam stworzyć sobie romantyczną jesień i zamiast złotych liści, zaprosiłam do domu kwiaty hortensji. Zestaw do parzenia aromatycznej herbatki już odkurzony, a zapas czekolady do picia uzupełniony.

Pomimo deszczu, a może troszkę dla niego, często wychodzimy z Mają na spacery. Ubrana w cieplutki pajacyk śpi w najlepsze, a ja chłonę aurę wczesnej jesieni. Wilgotną, niemal już żółtą, pachnącą liśćmi i dymami z komina (czuć, że nie my jedni się dogrzewamy). Lekki chłód na nosie i zimne dłonie przypominają o konieczności przejrzenia jesienno- zimowej garderoby. Nie wiem jak wam, ale mi przypomina się o tym zawsze za późno. Kiedy naprawdę zaczynam potrzebować cieplejszych ubrań, okazuje się, że w sklepach kolekcja jesienna już dawno wisi na półkach i pozostał mi wybór w resztkach egzemplarzy lub nie moich rozmiarach!

Spacerujemy więc sobie polnymi drogami, idąc w kierunku "na Amerykę" lub "pod las", przechodzimy pod sypiącymi liśćmi lipami i sędziwymi dębami. Niestety kasztanowce już "łyse" i to wcale nie sprawka Pani Jesień, lecz małych, wrednych gąsieniczek...Zbieramy kasztany do koszyka w wózku i wracamy do domu.
I te właśnie powroty są najfajniejsze. Otwieramy drzwi uderza nas przyjemne ciepło i zapach, rozgaszczamy się na macie przed kominkiem. Maja opowiada swoim przyjaciołom wrażenia z wycieczki ,a ja popijam laktacyjną herbatkę ;) I taką jesień też lubimy mimo, że słotna to jakże przytulna i jakże romantyczna.
Lato ma się ku końcowi, a ja właściwie już czuję jesień. Długie wieczorne cienie, żółciejące liście, jesienne kwiecie, puste pola, niegrzejące już słońce... I nic to, że kartka z kalendarza pokazuje jeszcze sierpień, i nic to że niby jeszcze trzy tygodnie lata... Lato już przeminęło, a ja pakuję jego resztki do słoika, zakręcam szczelnie żeby do zimy mi nie uciekło, a w mrozy rozgrzewało i przypominało o sobie. Tak więc obieram, kroję, gotuję, przecieram, pasteryzuję, wyciskam  i końca nie widać.

Na pierwszy ogień - mus jabłkowy dla Mai. To kolejne małe marzenie spełnione - przecierki owocowe dla dziecia własnej roboty. Szkoda, że nie mam magicznej szuflady, klasera lub skrzyneczki, w której mogła bym zamykać wszystkie te zrealizowane już mini marzenia oraz wielkie marzeniska, a później przeglądać w słotne jesienne wieczory siedząc w fotelu przy kominku z siwizną na głowie i kubkiem kakao w ręce. Musiki zrobimy z jabłek, gruszek i dyni. Soczki z czarnego bzu i jeżyn. Mam jeszcze smaczek na własny przecier pomidorowy, może się uda.

Mieszkając na wsi, poczuć można to co w mieście dawno zagłuszone zostało, specyficzny instynkt przetrwania. Instynkt, który mimo XXI wieku tkwi głęboko pod skórą, i odzywa się głośnym echem minionych epok, kiedy to cały rok był zorganizowany wokół przygotowań do zimy, a jesień właściwie głównie tym przygotowaniom poświęcona. I cytując Pana JRR Martina "Winter is coming"... a skoro idzie, trzeba się do niej przygotować. Kiedy mieszkałam w dolnośląskiej stolicy moje przygotowania ograniczały się do zmiany garderoby na cieplejszą, zakupu zapasu kakaa i ciepłych skarpet, w których przesiadywałam pod kocem w zimowe wieczory z książką w dłoni. Teraz zamawiamy węgiel, przygotowujemy drzewo do kominka, zbieramy cebulę, suszymy kwiaty lipy i miętę na zimowe herbatki, kroimy i zamrażamy lub kopcujemy...

Po przygotowaniach "własnych", przyjdzie niebawem czas na przygotowanie ogrodu. Już teraz sukcesywnie wycinam to co przekwitło, zżółkło, uschło... Pomimo dosyć przyjemnych temperatur w dzień, bywają zimne noce. U nas ostatnio regularnie poniżej 10. Sezon kominkowy już rozpoczęty i miło tak poczuć zapach jabłek pyrkających w garze, przeplatany zapachem drewna z kominka. I dobrze jest móc wygospodarować te parę chwil pomiędzy karmienie, zmianą pieluszki i zabawą na macie na domowe przetwory i jesienno - zimowe przygotowania. Miło posiedzieć w kuchni w późne wieczory, kiedy dziecina nasza spokojnie śpi, krojąc i obierając przy herbacie i rozmowach o tym co przed nami...

Winter is coming but autumn already is here ;)