Follow my blog with Bloglovin
Kochani, dawno mnie tu nie było. Ponad rok czasu to szmat czasu. Nie wiem nawet czy ktokolwiek jeszcze tu zagląda. Blog obrósł kurzem, a w kątach pajęczyny. Było kilka powodów zaprzestania pisania. Pierwszy najbanalniejszy czyli brak weny. Drugim powodem było dorośniecie. Tak, tak dorosłam. Nie mam już parcia na dzielenie się wszystkim z innymi, aby w pełni dostrzec wartość rzeczy, chwil, wydarzeń. Nie mam już też parcia na udowadnianie, dyskusje z innopoglądowcami, etc. Zwyczajnie jara mnie moje własne życie, takie codzienne, niedoskonałe, czasami leniwe, czasami pełne chaosu i porozrzucanych po podłodze zabawek. Nie jestem perfekcyjna, moje życie perfekcyjne nie jest, a cała blogosfera, instasfera i jeszcze inna sfera, każą dążyć do doskonałości, perfekcyjności i niestety moim zdaniem sztuczności. Kadry wyreżyserowane na zamówienie, pod publikę, nieszczere i często tak sztampowe, że aż nudne. Zdałam sobie w porę sprawę, że zaczynam ustawiać kubek z kawą tak aby wypadł najlepiej na zdjęciu, w rezultacie zamiast cieszyć się smakiem kawy, piję ją zimną. O nie! Od końcówki lipca jestem też mamą po raz drugi. Kalinka ma obecnie 9 miesięcy i zwyczajnie zajmuje mi dużo czasu. Czasu który wolę spędzić na wpatrywaniu się w nią kiedy śpi, niż na klikanie w klawiaturę. Jednak wróciłam. Na jak długo nie wiem, jak będzie z częstotliwością wpisów, to również wielka niewiadoma. Nic nie obiecuję, niczego nie zakładam i nic nie planuję. Uprzedzam jednak, że będzie dużo mniej lajfstylowo, a bardziej technicznie, bo .... rozpoczynamy budowę nowego domu.

Dlaczego nowy dom? Otóż, ten w którym mieszkamy jak zapewne wiecie nie jest naszą własnością, to dom po moich dziadkach, który już nie długo zasiedlą moi rodzice na długo wyczekiwanej emeryturce. My doglądaliśmy go przez te 5 lat. Tak, tak! Już 5 lat mieszkamy tutaj, tak długo trwa nasza wiejska przygoda. Przez ten czas mieliśmy się zdecydować czy mieszkanie na wsi, zwłaszcza takiej jak nasza ( na końcu świata), jest tym czego w życiu chcemy. Bo wiecie, nie sztuką jest rzucić wszystko, zainwestować wszystko i płakać po kątach, że nie tak, że źle, że nie tak miało być. Więc daliśmy sobie czas, który był dla nas bardzo owocny. Długo zastanawialiśmy się nad tym czy aby na pewno! Czy to to? Braliśmy różne opcje pod uwagę (poza mieszkaniem w bloku ;). Polecam taki układ każdemu. Dobrze jest się "spróbować", aby mieć pewność. Wiadomo, że życie niesie różne sytuacje. Na razie dzieci mamy małe, więc kwestie szkół, dojazdów, zajęć dodatkowych nas nie dotyczą. Być może kiedyś staną się dla nas trudnością, jednak czy w dużym mieście lekcje baletu znajdują się tuż za rogiem? No zazwyczaj nie. Też trzeba wsiąść w samochód, czy tramwaj i dojechać, często stojąc dłużej w korkach niż jadąc. Do tego dołożyły się pogarszające warunki powietrza w dużych aglomeracjach i wokół nich. Wiem, że na wsiach też bywa z tym różnie, ale u nas mamy wyjątkowo czyste powietrze.



Takie oto glony rosną na naszych drzewach, świadczą one o wysokiej czystości powietrza. Mamy jeszcze jeden argument za. Za niedługo tuż obok, bo za płotem, mieć będziemy moich rodziców. Pięć lat wychowywania dzieci bez pomocy i wsparcia, bez możliwości zostawienia dzieci z kimkolwiek, konieczność liczenia tylko na siebie, sprawiła, że bardzo doceniamy instytucję dziadków ;) Zwyczajnie potrzebujemy ich my, potrzebują ich i dziewczynki. I chociaż nie zamierzamy wejść im na głowę, sama świadomość tego, że będą tuż obok poprawi jakość naszego bytowania.

Tak więc, analizując wszystkie za i przeciw, postanowiliśmy. I właśnie tutaj zamierzamy wybudować naszą przystań. To miejsce to moje dziedzictwo. Tutaj mieszkali dziadkowie, wychowywała się Mama i ja przez pierwsze lata życia. W sąsiedniej gminie, zaledwie 20 km od nas, urodził się i wychował mój Tata. Mamy tu rodzinę i masę wspomnień. Można powiedzieć, że te strony to moje korzenie, moja ojcowizna. Przez te pięć lat wrośliśmy również w otoczenie. To najbliższe, sąsiedzkie i to troszkę dalsze.

Zatem do usłyszenia :)

P.S Nadal możecie śledzić nasze Słoneczne życie tutaj na Instagramie.
A po kadry z budowy zapraszam TUTAJ
Idzie jesień. Pierwszy raz w tym roku poczułam chłód nocy. Wyrwał mnie on z objęć Morfeusza i zmusił do opuszczenia ciepłej pościeli. Poszłam pozamykać okna. Schowałam wystającą nóżkę córeczki pod kołdrę i podreptałam z powrotem do sypialni, do łóżka.




Idzie jesień. Wieczory i ranki zimne, okna w salonie zaparowały z powodu różnic temperatur. Cienie długie, jesienne, wieczorne mgły, żółte liście lipowe i zapach jesieni. To wszystko uruchomiło we mnie, jak co roku, SYNDROM NORY. Nora kojarzy mi się bardzo, bardzo miło. Po pierwsze jako schronienie. Ciepłe, przytulne miejsce, pełno zapasów na zimę, ciepłych piórek i słomy. Po drugie, tak nazywa się dom Państwa Wesley'ów, sympatrycznej rodzinki z mojego ukochanego Harrego Pottera. Ich Nora, również emanuje ciepłem, domową miłością i ma pełną spiżarnię ;)


Kiedy poczuję pierwsze oznaki jesieni w powietrzu, zaczynam niczym polna myszka wyposażać NORĘ na zimę. Pojawiają się pierwsze przetwory. Sok malinowy do herbaty i na odporność, dżem wiśniowy, do kolacji i śniadań z kakao. Przeciery pomidorowe, musy jabłkowe i inne niezbędne do przetrwania chłodów specyfiki. Dają mi one poczucie bezpieczeństwa, tworzą klimat i ciepło domowego ogniska. Już nie wspomnę o ich działaniach antydepresyjnych, kiedy w szary jesienny poranek odkręcam słoik pachnący wiśniami :D





Uzupełniam zapasy kaka, gorącej czekolady, ale i węgla oraz drewna na zimę. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę usiedzieć spokojnie kiedy wieczorny chłód daje po nosie, a w stodole nie mamy kupy węgla... Tak więc odhaczam poszczególne punkty na liście, aby zabezpieczyć nasz dom i zapewnić nam spokojne "norowanie".


I tak, wiem że do kalendarzowej jesieni jeszcze miesiąc prawie. I tak wiem, że zima jeszcze daleko, jednak tak już mam, że wolę przygotować się do nich wcześniej. Tak, aby później spokojnie móc korzystać z ich uroków :) Z tego też powodu, szukam ciepłych skarpet, wełnianego swetra i mięsistych tkanin. Najpierw ubieram Maję, w jej szafie już wisi kurtka zimowa i jesienna, zestaw czapek i szalików na mniejsze i większe chłody. Sweterki, ciepłe rajstopy, piżamy i szlafroczek. Czemu tak wcześnie zapytacie. Niestety, tak już dziwnie jest w handlu, że sezon zimowy zaczyna się pod koniec sierpnia. Za chwilę wszyscy udadzą się na zakupy i albo nie będzie już w czym wybierać, albo rozmiarów nie będzie. Dodatkowo lubię robić jej zakupy z kanapy. To taki luksus. Wiem jaki ma rozmiar i wiem, że co w nim nie kupię, będzie na nią dobre :) Jedynie buciki kupujemy z córą. Długa i wąska stopa to nie lada wyzwanie w doborze obuwia. Za chwilę przyjdzie czas na moją garderobę. Tu już sprawa o wiele trudniejsza i niestety czeka mnie wizyta w centrum handlowym :/




Kiedy syndrom Nory zostanie we mnie "ugłaskany", przestaję przebierać z nóżki na nóżkę i zwyczajnie cieszę się jesienią. Tą piękną, złotą, polską, ale i ta szarą i dżdżystą. Bo kiedy w kominku buzuje ogień, a my pijemy herbatkę z malinami i zajadamy ciasto ze śliwkami, nic nie jest w stanie popsuć nam humorów :)



A Wy? Dopadł Was już syndrom Nory?

Buziaki :* Iza
Witajcie, wpadam na chwilkę, aby podzielić się z Wami małym przedsięwzięciem i zachęcić do aktywnego udziału w nim. Otóż, pod ostatnim postem kilka z nas określiło się mianem Bab ze wsi. Pomyślałam sobie, że fajnie gdyby te Baby ze wsi połączyły siły i stworzyły babską, wirtualną społeczność. Miejsce, które każda mogła by współtworzyć, w którym dzieliła by się swoimi przemyśleniami, pomysłami, przepisami, pokazywała kawałek swojej wiejskiej przestrzeni. Nie dane nam jest poplotkować przy kawie, czy też darciu pierza, ale zawsze możemy to zrobić za pośrednictwem internetów ;)

Cóż mam nadzieję, że to wirtualne miejsce ożyje i stanie się nasz werandą, na której kawkom i ploteczkom nie będzie końca.

Zapraszam!

BABA ZE WSI dostępna na Facebooku pod adresem www.facebook.com/babazewsi




Powtórzę się po raz kolejny. Odkąd mieszkam na wsi, każda pora roku jest moją ulubioną. Jednak największe ocieplenie relacji nastąpiło między mną i Panią Zimą. Kiedyś nie znosiłam zimy. Zima w mieście to pośniegowe błoto, przemoknięte obuwie, zniszczone zaciekami powstałymi od soli. To bój o stąpanie stopą po suchych kawałkach chodnika, uciekanie przed obryzganiem błotem przez koła samochodów. Lub zgoła inaczej, walka o utrzymanie równowagi na oblodzonych powierzchniach, poślizgi niekontrolowane, szczególnie przy dojściach do przejść i pasów. Zdecydowanie NIE LUBIĘ!

Jednak zima na wsi jest zupełnie inna. Zwłaszcza kiedy tak jak w tym roku, raczy nas trzytygodniowym śniegiem z mrozem i często przepastnie turkusowym niebem. Tu zima jest nieskazitelnie biała. Skrząca, jasna i czysta. Nie mamy pośniegowej brei, śnieg nie jest skażony piaskiem czy żużlem. Jak okiem sięgnąć białe pustynie, poprzecinane ścieżkami dzikich zwierząt.








Piękną mamy zimę w tym roku. Śnieg, mróz i słoneczko. Staramy się korzystać z każdego śnieżnego dnia, bo jak pokazuje historia, nie każdej zimy możemy się nim cieszyć. Co robimy zimą?  Przede wszystkim to co i każdą inną porą roku - OBSERWUJEMY. Nasze obserwacje zaczynamy o świcie. Pierwsza biegnie do okna Maja, popatrzeć czy słonko już wstało i przywitać się z nim. Jeżeli za oknem pada śnieg, słyszymy radosne piszczenie i okrzyki. Zaraz później trzeba postawić ją na parapecie, aby mogła zobaczyć czy Pipi robią amam. To kolejna z frajdy zimowych, dokarmianie ptaków, sprawdzanie czy przyleciały do karmnika, czy nie trzeba uzupełnić jedzonka i zwyczajne w świecie podziwianie stołówkowych gości. Jednocześnie z wysokości okna w sypialni widzimy kto odwiedzał nasze podwórko nocą i czy kot Paszczak, lokalny włóczykij już siedzi na progu w oczekiwaniu na poranne smakołyki.

Ślady na śniegu są fascynujące nie tylko dla małego dziecka, ale i dla mnie dorosłej ;) Lubimy bawić się w traperów i odgadywać czyje tropy uwiecznił śnieg. Na podwórku znajdujemy głównie kocie i ptasie, jednak idąc na spacer mamy pełna paletę różnorodnych śladów. Zgadujemy zatem czy szedł tędy zając, sarna, pies, a może bażant. Dużo, dużo spacerujemy, jeździmy na sankach, robimy aniołki na śniegu, lepimy bałwana.



Obok zachwytu zimową przyrodą, zachwyca mnie dom. Takie zwyczajne jego ciepło, kiedy z czerwonymi od mrozu policzkami otwieramy drzwi. Zapach drewna palonego w kominku. Poczucie bezpieczeństwa gdy za oknem zawieje i zamiecie śnieżne, lub siarczysty mróz. Nawet zimowe prace są dla mnie przyjemne, a odśnieżanie podjazdu przyjemnie rozgrzewa ;) Szczęśliwie pługi docierają do nas regularnie i drogę mamy czarną, więc problemów z dojazdami też nie mamy. 

Kiedyś tuż po Świętach z niecierpliwością czekałam na wiosnę, denerwując się każdym powrotem zimy. Dziś wiem, że każda pora roku jest ważna i potrzebna, a mroźna i śnieżna zima decyduje o plonach i zbiorach latem. Dzięki niej wody gruntowe się uzupełniają i nie grozi nam susza. Że odpowiednio niskie temperatury zabijają robaki i choroby, które później atakować mogą nasz sad czy warzywnik. Zima to także odpoczynek pól, lasów, drzew, ziemi, ogólnie całej przyrody, bo i nas "rolników", ogrodników, sadowników, czyli wszystkich tych którzy z niej czerpiemy. To czas na planowanie, koncepcyjne myślenie, rozpisywanie. Oczywiście również na regenerację sił :)





Na razie zima odpuściła i mamy piękne przedwiośnie. Nie jestem tym faktem szczególnie zachwycona, bo na cięcie czekają nasze drzewa owocowe, a przy takich temperaturach wegetacja ruszy lada dzień i będzie po jabłkach ;) Zobaczymy co przyniosą kolejne dni, tymczasem czeka mnie planowanie prac ogrodowych na najbliższe tygodnie. Powoli trzeba zacząć myśleć o wiośnie i inauguracji sezonu ogrodowego.

- Pozdrawiam, Iza -

Idzie jesień. A może już tutaj jest? Tegoroczna susza znacząco ją przyśpieszyła. Ostatnio porównywałam zdjęcia z ubiegłego roku, z tym co mamy dziś. Bez wątpienia mamy późny październik. I tylko temperatury nadal letnie. Chociaż poranki i wieczory już chłodne.


Idzie jesień. Poczułam ją w kościach. Długie cienie, pomarańczowe promienie, zamknięte okna na noc, rześkie powietrze nad ranem. Łyse lipy, opadające liście dębów, puste, zaorane pola. Poczułam ją i zabrałam się za jesienne przygotowania. Lubię tą porę roku, zresztą odkąd mieszkam tutaj lubię każdą porę, bo każda jest piękna, inna, wyjątkowa. Na każdą czekam i witam z radością. Podobnie jest i teraz. Cieszę się na grabienie liści, zapach dymów z ognisk, spadające kasztany, brodzenie w opadłych liściach. Uwielbiam jesienną przyrodę i jej zamgloną aurę. Ale lubię też dom i nasze domowanie, do którego rozpoczęłam już przygotowania.


Każdą porę roku witam domowymi porządkami. Myję okna, wyganiam pajączki, przeglądam szafy i szuflady. Wynoszę na strych to co poczekać musi do przyszłego lata, znoszę zaś ciepłe swetry i jesienne gadżety dekoracyjne. Lubię te porządki. Czuję się wtedy jakbym zaczynała od nowa, nowy rozdział. Wymiatam stare, niepotrzebne tworząc miejsce nowemu, wpuszczając nową energię. Takie porządki oczyszczają nie tylko przestrzeń ale i myśli oraz duszę. Dają czas na refleksję, przemyślenia, spojrzenie wstecz i zastanowienie nad tym co dalej. Jednak w przeciwieństwie do wiosny i lata, energia jesieni nie zmusza do biegu, nie każe wymyślać i realizować tysiąca projektów. Pozwala spokojnie i powoli żyć i cieszyć się każdą chwilą. Zatem pomiędzy sprzątaniem kolejnych pomieszczeń, dopieszczaniem zakątków i pierwszymi jesiennymi dekoracjami, popijam niespiesznie kawę z mojej muchomorowatej filiżanki i zajadam jabłecznik.



 Moja jesień ma kolory fioletu i czerwieni, jakoś z nimi mi w tym roku po drodze. Wieczorami zaś, zaszywam się pod ciepłym pledem z herbatą karmelową i czytam. A może polecicie jakieś przyjemne, jesienne czytadło? Co tam u Was na półkach teraz gości?
Tylko patrzeć jak zacznie trzaskać ogień w kominku, a nam dowiozą nową porcję węgla na zimę.


P.S Zdjęcia z ubiegłorocznej jesieni ;)
Odkąd zamieszkałam na wsi, lubię mówić o sobie "Countryliferka" i bynajmniej nie oznacza to fankę muzyki Country ;) Dlaczego Country Life i Countrylifestyle, zamiast po prostu życie na wsi, mieszkanie na wsi. Dlaczego nie wieśniaczka czy wieśniareczka...



Po pierwsze język angielski, moim subiektywnym zdaniem, lepiej oddaje pewne niuanse i barwy nadające inne znaczenia niby tym samym słowom. I dlatego jest house i home, czyli jakby dwie strony tego samego. Jedna materialna i namacalna,druga duchowa i nieuchwytna. W naszym kochanym, ojczystym języku jest tylko dom... tak samo opisujący mury, dach i okna jak i miejsce powrotów, oazę spokoju, strefę naszego intymnego i rodzinnego funkcjonowania. Nie ma w tym słowie niuansów, nie ma tonów i zabarwień. Nie znalazłam również słowa które opisało by dokładnie właśnie ów angielski HOME...

Tak samo jest z village i country... to pierwsze to mury, to drugie to dusza. Wieś - to nic innego jak forma podziału terytorialnego państwa, równie sucha i mało wymowna jak dom... Dlatego country life, counrtylifestyle i Countryliferka...

Bo samo mieszkanie na wsi nie czyni Countryliferką  i nie oznacza cauntrylifestylu. Znam wiele osób mieszkających na wsi, którzy żyją po "miejsku", lub mieszczańsku jak kto woli. Mają nowe, piękne domy, wysokie murowane płoty, kostkę lub bruk zamiast trawy. Nie uprawiają warzyw bo po takowe jeżdżą na ryneczek lidla, nie pielą ogrodu bo mają tuje, nie robią przetworów na zimę, nie kopcują ziemniaków i nie robię wielu rzeczy które dla mnie nierozerwalnie związane są ze stylem wiejskim.

CountryLifeStyle to dla mnie, sposób życia, patrzenia na świat.

Poranne przeciąganie się w łóżku z radością z piania kogutów u sąsiada.
To "obchód" po włościach wczesnym rankiem, często na boso brodząc w rosie, sprawdzając co w obejściu słychać.
Kubek kawy na progu przed domem ( tarasu jeszcze nie mamy).
Wynoszenie pościeli do wietrzenia na sznurki, pranie schnące cały rok na dworze, świeże kwiaty w wazonach, sezonowe dekoracje z darów natury.
To wycieczki piesze bliższe lub dalsze, podziwianie przyrody, ładowanie akumulatorów widokami, zapachami, dźwiękami.
Zapach powietrza po burzy, lub zapach opadłych jesiennych liści i snujących się dymów z ognisk. Pola, łąki, lasy, trawa, kwiaty... ptaki, pszczoły, motyle...drżenie powietrza w upalne dni i chłód cienia pod dębami.
Zapach domu, wygoda miękkiej kanapy, przytulność białej poduszki z koronką, smak i zapach drożdżowego ciasta z czereśniami.
Wyjadanie truskawek z ogródka, zbiory wczesnoporanne w warzywniku.
Smak mleka prosto od krowy i kanapek z twarożkiem i własnym szczypiorkiem.
Ciepło kominka w letnie pluchy, dźwięk deszczu uderzającego w parapety, zapach świata po burzy.
Zapach krów sąsiada kiedy ma się na deszcz i pyłku po żniwach wirującego w powietrzu.
Brzęczenie pszczół w lipach i bąków uwięzionych w kielichach malw.
To niebo przeróżne w kolorze, kształcie i fakturze.
To ukojenie umysłu i serca po powrocie z gwarnej stolicy, wytchnienie dla ciała na hamaku wieczorem.
Smaki i zapachy warzyw i owoców własnej produkcji.

Mogła bym tak wymieniać w nieskończoność. Nie zapominając oczywiście o tych może nieco mniej przyjemnych aspektach jak grabienie liści, koszenie trawy, pielenie, pielęgnacja warzyw, owoców i roślin czyli the never ending story... a więc ciężka praca u podstaw.

Wieś jest piękna, jest różnorodna, każdy znajdzie coś dla siebie. Trzeba określić własny styl życia czy to w mieście czy na wsi, nie przejmując się opiniami innych i komentarzami na ten temat. Możesz mieszkać na wsi i prowadzić miejski styl życia, możesz być rolnikiem czy hodowcą, możesz prowadzić agroturystykę, produkcję sera czy czegokolwiek jeszcze. Możesz porwać się na powrót"do korzeni" i założyć skansen. Twój dom może być ludowy, kryty strzechą, dachówką lub blachą. Możesz też czerpać ze wsi to co dla Ciebie najcenniejsze i wokół tego tworzyć swoje życie i jego styl

To mój styl CountryLifeStyle, to mój sposób na życie, moja idea, tak ja to widzę, tak mi w duszy gra i z tym jestem szczęśliwa. Tutaj dzielę się nim z Tobą, zapraszam do mojego życia, na moją wieś i pokazuję co z niej dla mnie najważniejsze. Tutaj zobaczysz mój dom i to jak Ja subiektywnie czuję wystrój domu wiejskiego. Zobaczysz jak wygląda fragment mojego "życia na wsi". Wiem, że jest wiele osób żyjących na wsi podobnie jak i wiele żyjących zupełnie inaczej.

Dlatego wszelkie uwagi typu mieszczuch przeflancowany na wieś, co to w różowych gumiakach i pomalowanych paznokciach w grządkach pracuje, mnie nie interesują. Nie szufladkuję, nie oceniam, pozostawiam każdemu wolny wybór i szanuję decyzje. Jedyne co mnie czasami denerwuje to TUPET i brak skromności, w PYCHĘ przechodzący. Wyważanie już otwartych drzwi, odkrywanie dawno odkrytego, patentowanie cudzych patentów.

To tyle :) Pozdrawiam wasza Countryliferka!
Powoli żegnam się z lipcem. Pięknym, upalnym, pachnącym. Żegnam lipcowe błękitne niebo i rozgrzany piasek na plaży, żegnam miodny zapach lip i nocne świetliki. Czerwiec i lipiec to dla mnie pełnia lata. Jego punkt kulminacyjny, najpiękniejszy i najbardziej owocny i owocowy też ;) Przed nami sierpień czyli popołudnie lata. Chłodniejsze i krótsze dni, długie cienie, pierwsze żółte liście i opadające liście czeremchy. Jabłka pod jabłonką, grad meteorytów na nocnym niebie, wiece jaskółek szykujących się do odlotu. Jednak przede wszystkim sierpień to zaorane pola po żniwach... najbardziej wymowny znak, że rok się już "wyrodził" i "obrodził", a Ty przyjacielu powoli myśl o węglu na zimę ;) Oczywiście wiele letniego piękna nadal przed nami, ale już zupełnie innego...

Dobrze, że istnieją instagramowe pamiątki w postaci łapanych naprędce w obiektyw chwil.

Pogoda rozpieszczała (chwilami nawet za bardzo), więc korzystaliśmy ile można było. Wypady nad wodę, te dalsze i bliższe. Kąpiele w basenie i sjesta w cieniu namiotu. Sezonowe owoce pochłaniane w ilościach hurtowych i pyszne, lekkie dania w sam raz na upały. A wieczorami, lub wczesnym rankiem wędrowaliśmy podziwiając okolicę.


Oprócz letniego lenistwa i odpoczynku, bywało pracowicie. Malowaliśmy, dopieszczaliśmy, wykańczaliśmy, zbieraliśmy plony, wekowaliśmy i zamrażaliśmy.


A wszystko po to aby móc cieszyć oczy i dopieszczać każdy szczegół. Dom był nam niezmiernie miłym schronieniem przed palącym słońcem i lipcowym upałem. Znikaliśmy w jego grubych ( półmetrowych) murach między 11, a 17 i rozkoszowaliśmy się przyjemnym chłodem, który dają latem tylko stare poniemieckie domy :D Nie mogło zabraknąć świeżo ciętych kwiatów w wazonach, które gdzie, jak gdzie ale na wsi być muszą.


A co przyniesie sierpień? Nie mogę się doczekać!

Impreza urodzinowa Mai już za nami. Było pięknie, dziewczęco, przytulnie, nastrojowo. Pogoda wręcz idealna, ciepło, słonecznie, ale bez ubiegłotygodniowych upałów. Goście przybyli w dobrych humorach, a nasz córcia była tak zachwycona, że nawet spać nie poszła na swoje zwyczajowe drzemki. Gości przy obiedzie czy grillu nie będę tu serwować. Pokażę Wam jak udało mi się zrealizować wizję mojego wymarzonego garden party. Jak wam się podoba?









Był toast i uroczyste Sto Lat, tort i pierwsza świeczka, zabawy, spacery, a nawet stragany odpustowe, gdyż w naszej wiosce mieliśmy odpust. Mam nadzieję, że był to wyjątkowy dzień nie tylko dla nas jako rodziców, ale i dla naszego Małego Szczęścia :)





Za miesiąc Maja skończy roczek. Czas szybko płynie, a życie nieustannie się zmienia, przeobraża z każdym dniem nas i nasze otoczenie. I tak powoli bycie Mamą cało-etatową, przestaje mi wystarczać. Po niemal roku rozkoszowania się każdym agugu, każdą nową umiejętnością, wspólnym podłogowaniem, spacerowaniem etc. poczułam ssanie. Takie ssanie w żołądku, które niczym "mały głód" nie chce odejść i cały czas przypomina o sobie. Zapragnęłam znowu... a jak już zapragnę, poczuję ssanie, a w dodatku odczytam do czego mnie tak ciągnie, zaczynam działać. Jednak brak mi cierpliwości i chciała bym wszystko już tu i teraz. Każda myśl, każdy pomysł czekający na realizację kłuje mnie od środka i nie pozwala usiedzieć w miejscu. Zazwyczaj w takich momentach rzucałam się w wir planowania, realizacji, działania. Pochłaniało mnie to bez reszty. Mogłam do późnych godzin nocnych poświęcać się konkretnemu projektowi. Dziś tak nie mogę. Dziś nadal główne skrzypce należą do naszego głównego projektu - Mai. Muszę zatem poukładać sobie to wszystko w głowie, usiąść z kartką i ustalić listę priorytetów oraz opracować plan. Łatwo nie będzie, mały szkrab który wszędzie chce wejść i wszystko zbadać organoleptycznie, czasami z sukcesem torpeduje nawet zrobienie obiadu ;)

Źródło

Na tapecie mam kilka pomysłów. Pierwszy z nich to roczek Mai. Chciała bym aby był niezapomniany, w sielskiej scenerii ogrodu, z lemoniada z rabarbaru i ciastem z truskawkami. Kolejny ważny krok - pokój dziewczęcy. Ponieważ postanowiliśmy, że Majeczka zamieszka we własnym pokoju jak tylko skończy roczek, czeka nas wiele pracy. Musimy przenieść naszą pracownię na strych, a w związku z tym strych musi przestać pełnić funkcję graciarni ;) Już teraz zbieram pomysły na aranżację malutkiego wnętrza pokoiku córki. Zapewne wiele z nich pojawi się na blogu, inne możecie śledzić tutaj [Klik]. Musimy również zaaranżować przestrzeń ogrodu na potrzeby roczniaka, wyznaczyć bezpieczny obszar i urozmaicić go dziecięcymi gadżetami. W planach ogrodzenie podwórka, plac zabaw i kącik do letniego lenistwa.

Obok tematów dziecięcych całe mnóstwo około-domowych. Ogród, grządki dla pomidorów, poletko dla cukinii i truskawek. Do tego wszystkiego marzy mi się porządny i wiejski zestaw mebli ogrodowych.

W międzyczasie dopracować zamierzam to miejsce. Blog - moją przestrzeń dzielenia się sobą i tym co w duszy mi gra. Ostatnio moje poczynania wykrzaczyły bloggera, stąd dziwnie wyświetlała się treść postów. Jeżeli natkniecie się na podobne "kwiatki", znak to że działam w html'u ;)

W tym roku minie sześc lat mojej przygody z blogowaniem. Początkowo, to miejsce miało być dla mnie pamiętnikiem, do którego wracać będę po latach i wspominać perypetie remontowe. Remont naszego starego domu, zajął nam trochę czasu. Mogliście poczytać tutaj o burzeniu ścian, kładzeniu dachu, wymianie okien, tynkowaniu, malowaniu, projekcie kuchni i wielu innych około remontowych przygodach.


Obok odnawiania domu, odnawialiśmy również ogród. Powoli, kawałek, po kawałeczku, metr, po metrze wydzieraliśmy "dziczy" jaka zapanowała tutaj przez ponad dziesięć lat "nie mieszkania" nasz obecny ogród i sad. Pisałam o karczowaniu, koszeniu, ale i zakładaniu nowych rabat kwiatowych, czy też moich pierwszych przygodach z warzywnikiem.

Remont dobiegł końca, zostały nam detale wykończeniowe. A to jakaś listwa przypodłogowa, elewacja, półka do kuchni... W międzyczasie spełniło się kilka moich marzeń, których również byliście świadkami na tych stronach. Przeprowadziłam się tutaj, wyszłam za mąż i zostałam mamą. Rozpoczął się nowy, fascynujący etap mojego życia. Zostałam Wieśniaczką, chociaż wolę własne określenie "Countryliferką". A mój blog z bloga remontowego, ewoluował siłą rzeczy w blog o życiu, życiu na wsi.

Tym samym w zgodzie z duchem wiosny, odkurzam blog i zmieniam mu fatałaszki. Żegnając z rozrzewnieniem etap remontowo - budowlany, otwieram etap lifestylowy, a dokładniej CountryLifeowy ;) Zainteresowanych remontem odsyłam na stronę REMONT. Powoli wprowadzać będę kolejne zmiany w wyglądzie i funkcjonalności bloga. Musicie mi wybaczyć jego obecną niedoskonałość, prace w htmlu z 10 miesięcznym brzdącem na rękach, troszkę się przeciągają ;)