Follow my blog with Bloglovin
Odkąd zamieszkaliśmy na wsi, nasze życie stało się nierozerwalnie związane ze zmianą pór roku. To własnie kalendarz astronomiczny wyznacza nam rytm roku. Mieszkając w mieście nie słuchałam tego naturalnego biologicznego zegara. Stłumiony klimatyzacją, dziwnym wielkomiejskim klimatem, oraz codzienną gonitwą, dawał o sobie znać kiedy robiło się za zimno lub za gorąco na dotychczasową garderobę.


Dziś przyroda wyznacza nam okresy wzmożonej pracy i okresy odpoczynku. Do najbardziej zabieganych z nich mogę zaliczyć przedwiośnie - czas od połowy lutego, do połowy maja ( w zależności od temperatur), oraz przedzimie, które u mnie trwa od połowy września do końca października. Są to dwa momenty w roku, kiedy zmieniamy nasze otoczenie o 180 stopni. Dziś chciałam Wam opisać nasze przedzimie. Rozpoczyna się ono mniej więcej wraz z pierwszym symptomem Syndromu NORY. Zaczynamy przygotowywać nasz dom, otoczenie i nas samych na nadejście zimnych, słotnych dni. 


DOM

Tutaj przygotowania zaczynam najwcześniej. W tym roku postanowiłam nieco je poszerzyć, o tradycyjne, coroczne sprzątanie świąteczne. Umówiłam się sama ze sobą, że nie będę tracić ani chwili ze świątecznego klimatu (który u nas w domu gości już od 6 grudnia) i zamiast latać z mopem i szmatką, będę piekła pierniki i wygrzewała się przed kominkiem czytając córce świąteczne opowieści. Ponadto dochodzi jeszcze mocno praktyczny aspekt tego całego sprzątania. Im bliżej świąt tym mniejsza szansa na sprzyjającą sprzątaniu aurę. I dlatego porządki zimowo - świąteczne mam już za sobą. Rozpoczęłam je w połowie września, kiedy pogoda i temperatury były iście letnie. Spokojnie pomyłam okna, poprałam firanki, zasłonki, kołdry, poduchy. Wszystko wyschło na zewnątrz owiane wiatrem i muskane słońcem. Wyniosłam wszystkie niepotrzebne graty i przedmioty zostawione na nigdy nienadchodzące zaś. W szafkach i szufladach zrobiło się przestronnie, a na strychu zapanował ład i porządek. 



Końcówka września to również czas wekowania. W tym roku zaszalałam. Zrobiłam dżem wiśniowy, sok malinowy, przecier pomidorowy, powidła śliwkowe i mus jabłkowy. A nawet zakisiłam ogórki, spakowałam tarte buraczki do słoików, a warzywa z ogródka pokroiłam w kostkę i zamknęłam w zamrażarce. Kiedy więc zapasy na zimę zagościły w kotłowni, uzupełniłam braki wszelakich niezbędników domowych ( proszki, płyny, środki czystości, szczotki, etc - czy Wam też wszystko wychodzi i zużywa się jak na komendę?). W międzyczasie zmieniłam domową aranżację, wyjęłam jesienne, wrzosowe koce i poduchy, oraz zaopatrzyłam się w kilka nowych perełek, bez których teraz nie wyobrażam sobie naszych jesiennych wieczorów.






Jak już wspominałam Wam w poprzednim poście, syndrom nory wyzwala we mnie instynkt otaczania się ciepłymi, mięsistymi przytulnymi tkaninami. Uwielbiam w tym okresie wszelkie wełny, włóczki, sznurki. Na przeciw moim jesiennym potrzebom wyszły Dziewczyny z domowebrudy i wydziergały własnoręcznie piękne poszewki na poduszki. Dwie z nich idealnie pasujące kolorystycznie do pokoju córki, zagościły w jej łóżku. Dwie szare, czekają na zimową aranżację sypialni, którą pokażę Wam niebawem. Marzy mi się jeszcze pled do kompletu, szary, mięsisty i cieplutki :) Ze sznurka bawełnianego natomiast mamy pufę. Już dawno myślałam nad czymś do siedzenia, kokonowania, dla Mai. W końcu zdecydowałam się na taką pufę, od Elizy z Zakątek Elizy i chyba muszę zamówić dwie dodatkowe, bo trwają o nią regularne walki. Fantastyczne w niej jest to, że sama dostosowuje się do naszych 4 liter i pozwala znaleźć najwygodniejszą pozycje :)

OGRÓD

Prace w ogrodzie w dużej mierze zależne są od stanu wegetacji naszych roślin, oraz aury. Pracy jest tu co nie miara. Pomimo, że nasz ogród i warzywnik nie jest jakiś imponujących rozmiarów, spokojnie pracy starcza na kilka tygodni. Ja zaczynam od warzyw i warzywniaków. Warzywa wykopuję, zagospodarowuję, czyli albo mrożę, albo wekuję lub suszę. Warzywniaki przekopuję, wyrównuję i zostawiam na zimę. Poletka truskawek, pielę i zostawiam, tak aby opadające liście mogły stworzyć im ciepłą pierzynkę na nadchodzące mrozy, a wiosną łatwo było je wydmuchać spomiędzy krzaczków nie uszkadzając sadzonek. Z tegorocznymi pracami w ogrodzie zdążyłam akurat przed trwającymi u nas od dwóch tygodni deszczami. To też dobry czas na pierwsze ciecia, zwłaszcza roślin ozdobnych i mniejszych krzewów. Na ciecia drzew i drzewek czekamy do końca ich wegetacji i przejścia w spoczynek. O tej porze roku, w ogrodzie jest już pusto. Rośliny przycięte, czekają do wiosny, część z nich zabezpieczymy później na wypadek ostrych mrozów. Również ostatnie tegoroczne koszenie trawy za nami. Ostatnie prace jesienne to grabienie liści. Ale to jeszcze potrwaaaa, bo drzewa u nas wciąż zielone. 


Te jesienno - zimowe przygotowania sprawiają mi wiele radości i zwyczajnej satysfakcji. Kiedy za oknem kolejny tydzień siąpi deszcz, a zimno tak, że nosa za drzwi nie chce się wyściubić, stoję sobie z kubkiem kawy w rękach i patrzę przez okno na moknący ogród. Mam poczucie, dobrze wykonanej pracy i tego, że wszystko jest na swoim miejscu. Dlatego zupełnie nie rozumiem osób ciągle zadającym m i pytanie czy mi się na tej wsi nie nudzi. Nie rozumiem jak można się nudzić samemu ze sobą? Co dopiero mając duży dom i ogród wymagający stale pracy, do tego dwulatka i gromadkę kotów ;) Jest tyle rzeczy do zrobienia, do ogarnięcia, do przygotowania, do sprawdzenia, do dowiedzenie się, etc. że pomimo tego iż wstaję około 7-8 rano i kładę spać po 22, wciąż brak mi czasu :)

P.S Przepraszam Was za jakość zdjęć. Niestety mój komputer, na którym mam wszystkie "narzędzia pracy", włącznie z logo i programem do obróbki zdjęć, odmówił współpracy. Myślałam, że to błahy błąd karty graficznej, jednak to coś bardziej skomplikowanego. Dlatego dziś nienajlepsza szata graficzna i zupełnie nieobrobione zdjęcia, wykonane smartphonem :/
Witajcie, wpadam na chwilkę, aby podzielić się z Wami małym przedsięwzięciem i zachęcić do aktywnego udziału w nim. Otóż, pod ostatnim postem kilka z nas określiło się mianem Bab ze wsi. Pomyślałam sobie, że fajnie gdyby te Baby ze wsi połączyły siły i stworzyły babską, wirtualną społeczność. Miejsce, które każda mogła by współtworzyć, w którym dzieliła by się swoimi przemyśleniami, pomysłami, przepisami, pokazywała kawałek swojej wiejskiej przestrzeni. Nie dane nam jest poplotkować przy kawie, czy też darciu pierza, ale zawsze możemy to zrobić za pośrednictwem internetów ;)

Cóż mam nadzieję, że to wirtualne miejsce ożyje i stanie się nasz werandą, na której kawkom i ploteczkom nie będzie końca.

Zapraszam!

BABA ZE WSI dostępna na Facebooku pod adresem www.facebook.com/babazewsi




Powtórzę się po raz kolejny. Odkąd mieszkam na wsi, każda pora roku jest moją ulubioną. Jednak największe ocieplenie relacji nastąpiło między mną i Panią Zimą. Kiedyś nie znosiłam zimy. Zima w mieście to pośniegowe błoto, przemoknięte obuwie, zniszczone zaciekami powstałymi od soli. To bój o stąpanie stopą po suchych kawałkach chodnika, uciekanie przed obryzganiem błotem przez koła samochodów. Lub zgoła inaczej, walka o utrzymanie równowagi na oblodzonych powierzchniach, poślizgi niekontrolowane, szczególnie przy dojściach do przejść i pasów. Zdecydowanie NIE LUBIĘ!

Jednak zima na wsi jest zupełnie inna. Zwłaszcza kiedy tak jak w tym roku, raczy nas trzytygodniowym śniegiem z mrozem i często przepastnie turkusowym niebem. Tu zima jest nieskazitelnie biała. Skrząca, jasna i czysta. Nie mamy pośniegowej brei, śnieg nie jest skażony piaskiem czy żużlem. Jak okiem sięgnąć białe pustynie, poprzecinane ścieżkami dzikich zwierząt.








Piękną mamy zimę w tym roku. Śnieg, mróz i słoneczko. Staramy się korzystać z każdego śnieżnego dnia, bo jak pokazuje historia, nie każdej zimy możemy się nim cieszyć. Co robimy zimą?  Przede wszystkim to co i każdą inną porą roku - OBSERWUJEMY. Nasze obserwacje zaczynamy o świcie. Pierwsza biegnie do okna Maja, popatrzeć czy słonko już wstało i przywitać się z nim. Jeżeli za oknem pada śnieg, słyszymy radosne piszczenie i okrzyki. Zaraz później trzeba postawić ją na parapecie, aby mogła zobaczyć czy Pipi robią amam. To kolejna z frajdy zimowych, dokarmianie ptaków, sprawdzanie czy przyleciały do karmnika, czy nie trzeba uzupełnić jedzonka i zwyczajne w świecie podziwianie stołówkowych gości. Jednocześnie z wysokości okna w sypialni widzimy kto odwiedzał nasze podwórko nocą i czy kot Paszczak, lokalny włóczykij już siedzi na progu w oczekiwaniu na poranne smakołyki.

Ślady na śniegu są fascynujące nie tylko dla małego dziecka, ale i dla mnie dorosłej ;) Lubimy bawić się w traperów i odgadywać czyje tropy uwiecznił śnieg. Na podwórku znajdujemy głównie kocie i ptasie, jednak idąc na spacer mamy pełna paletę różnorodnych śladów. Zgadujemy zatem czy szedł tędy zając, sarna, pies, a może bażant. Dużo, dużo spacerujemy, jeździmy na sankach, robimy aniołki na śniegu, lepimy bałwana.



Obok zachwytu zimową przyrodą, zachwyca mnie dom. Takie zwyczajne jego ciepło, kiedy z czerwonymi od mrozu policzkami otwieramy drzwi. Zapach drewna palonego w kominku. Poczucie bezpieczeństwa gdy za oknem zawieje i zamiecie śnieżne, lub siarczysty mróz. Nawet zimowe prace są dla mnie przyjemne, a odśnieżanie podjazdu przyjemnie rozgrzewa ;) Szczęśliwie pługi docierają do nas regularnie i drogę mamy czarną, więc problemów z dojazdami też nie mamy. 

Kiedyś tuż po Świętach z niecierpliwością czekałam na wiosnę, denerwując się każdym powrotem zimy. Dziś wiem, że każda pora roku jest ważna i potrzebna, a mroźna i śnieżna zima decyduje o plonach i zbiorach latem. Dzięki niej wody gruntowe się uzupełniają i nie grozi nam susza. Że odpowiednio niskie temperatury zabijają robaki i choroby, które później atakować mogą nasz sad czy warzywnik. Zima to także odpoczynek pól, lasów, drzew, ziemi, ogólnie całej przyrody, bo i nas "rolników", ogrodników, sadowników, czyli wszystkich tych którzy z niej czerpiemy. To czas na planowanie, koncepcyjne myślenie, rozpisywanie. Oczywiście również na regenerację sił :)





Na razie zima odpuściła i mamy piękne przedwiośnie. Nie jestem tym faktem szczególnie zachwycona, bo na cięcie czekają nasze drzewa owocowe, a przy takich temperaturach wegetacja ruszy lada dzień i będzie po jabłkach ;) Zobaczymy co przyniosą kolejne dni, tymczasem czeka mnie planowanie prac ogrodowych na najbliższe tygodnie. Powoli trzeba zacząć myśleć o wiośnie i inauguracji sezonu ogrodowego.

- Pozdrawiam, Iza -

Zalewa nas fala bylejakości. Wielka jak tsunami wlewa się w nasze życie. Ostatnio spotykam się z nią na każdym kroku. Najmniej szkodliwa jest taka zwykła codzienna, estetyczna. Jej bratem jest kicz. Jednak to bylejakość jest bardziej groźna, gdyż dużo mniej rzucająca się w oczy.

Kawałek świątecznego urlopu spędziliśmy w moim rodzinnym mieście. Chciałam zabrać córkę na wieczorny spacer ulicami miasta. Pamiętałam ten magiczny urok oświetlonych lampkami latarni, udekorowanych choinek wzdłuż deptaka, pięknych konstrukcji zdobiących fontanny. Niestety albo pamięć mnie już zawodzi, albo bylejakość zasiadła tam na tronie i dzierży władzę. Smutek, rozczarowanie, niesmak. Każda "dekoracja" sfatygowana, połowa lampek popalonych, świąteczne fontanny nie działające. Rozczarowani tandetą miasta postanowiliśmy udać się do Bazyliki, sławnej w całym kraju, monumentalnej, barokowej i co roku świątecznie przyozdobionej. Na placu przed Kościołem uderzył nas widok wielkiej choinki chylącej się ku ziemi i zamiatającej czubkiem bruk. Zdecydowanie za mały łańcuch światełek powiewał na wietrze gdzieś z boku. Wchodząc do Świątyni bylejakość zaśmiała nam się w twarz. Straszny i smutny widok. Świerki bożonarodzeniowe zamiast upiększyć kościół zdecydowanie go szpeciły. Wątłe chabazie, wyglądające jakby stały tam od ostatnich świat, krótkie łańcuchy światełek migały gdzieś na najwyższych gałązkach. Monumentalne choinki na ołtarzu głównym ubrane w kilka różnych światełek bez ładu i składu rzuconych na drzewka. Ani jednaj bombki, ani jednego stroika. BYLEJAKOŚĆ nas pokonała. Wyszliśmy z niesmakiem.


Najgorszą forma bylejakości jest dla mnie bylejakość życia. Bylejakość poglądów, lub ich zupełny brak, bylejakości domów, rodzin, ludzi i ich osobowości. Jak człowiek może być szczęśliwy kiedy jego życie jest NIJAKIE? Kiedy brak mu kolorytu, nie ważne jakiego. Bo nie jest ważne jakim farbami pomalujemy nasz świat. Ważne żeby go pomalować. A tak wiele osób stwierdza, że szkoda na to czasu. Żyją w swoich życiach z dnia na dzień, powielając te same czynności niemal już automatycznie. Bliżej im do maszyn niż ludzi. Wartości rodzinne gdzieś zanikły. Małżeństwo stało się formą biznesowego układu, w którym każdy daje coś od siebie z aptekarską wręcz precyzją, aby nie dać więcej niż ustalono w niepisanej umowie przedślubnej. Dzieci są zazwyczaj z przypadku, lub jedno jako planowane, bo tak wypada. Bo czas jest zbyt drogi, aby go oddać dzieciom za darmo. Bo figura się zmienia i luka w karierze zawodowej robi.
Nie czeka się z utęsknieniem na "nadchodzące", na jutro, na ważny dzień, na weekend, na święta czy urlop. Bo nie ma się pomysłu na nie, Jak je spędzić? Jak zrobić coś fajnego, jak sprawić aby były to wyjątkowe dni. Brak codziennej rutyny męczy. Człowiek nagle nie wie co począć i miota się bez celu. Czy i Wy słyszeliście, że Święta męczą? Ja wiem, że męczą. Męczą Panie domu, matki, żony, babcie. Te które od tygodni latają z mopem, odkurzaczem i myją okna, a później stoją do późna przy bigosie. Ale reszta ludzi? Co ich męczy?


Do wszystkiego można w życiu podejść jak do czegoś czego się nie opłaca. Po co kupować żywą choinkę? Po co piec pierniki na nią? Po co wyciągać świąteczne dekoracje? Po co budować kominek i przesiadywać przy nim w zimowe wieczory. Wszystko to wymaga pracy, wysiłku, zabiera czas. Po co są Święta, po co urlopy. Przecież traci się cenne godziny, w których można by wypracować dodatkowy zysk. A tak bezproduktywnie leży się na kanapie i przełącza bezmyślnie kolejne kanały w tv. Po co bawić się z dzieckiem, poświęcać mu czas, przecież ma zabawki. Po co tworzyć ciepło domowego ogniska, domowe rytuały i tradycje. Po co budować więzi i wspólnie spędzać czas.

I jasne, nie każdy tak musi, nie każdy tworzy rodzinę. Ale ten kto nie tworzy, ma inne pasje w życiu, sport, podróże... Ważne aby mieć coś co nas uszczęśliwi, co jest naszą pasja, czemu możemy oddać się bez reszty. A Ja obserwuję coraz częściej, że jedyne czemu chcemy poświęcić życie to my sami. Taki egoizm pod płaszczykiem "wolnych wyborów", taka bylejakość, nijakość, takie puste życie bez jakichkolwiek celów i fundamentów.


Kuzynką bylejakości jest chwilowość, a jej bratem pospiech. Cechuje on tych, którzy wiecznie z utęsknieniem na coś czekają, a jak już nastąpi nie potrafią się tym cieszyć i już wybiegają myślami do następnych "momentów". W listopadzie ubierają choinkę, a dzień po świętach ją rozbierają i stawiają tulipany oraz wiosenne dekoracje, A gdzie jest TU i TERAZ i życie dniem dzisiejszym? Gdzie napawanie się tym oczekiwanym czasem, ładowanie baterii i po prostu bycie. Najpierw narzekania, że nie ma śniegu i co to za zima bez niego, a gdy tylko zacznie padać frustracja z tego powodu, no bo jak tu do pracy dojechać.

Czy wiecie, że ludzi mających pomysł na siebie, swoje życie i konsekwentnie malujących swój świat wybranymi barwami można poznać na kilometr? To ludzie, w których domu chce się przebywać, a w morzu miejskiego zgiełku myśli o nim jak o bezpiecznej przystani. To ludzie, na spotkanie z którymi idzie się z radością i trudno się rozstać, bo tematów do rozmów nie sposób wyczerpać. To ludzie, do których dzwoni się poszukując porady, inspiracji lub po prostu wysłuchania. Ja znam takich ludzi. Niestety niewielu.

Kochani w Nowym Roku życzę i Sobie i Wam, aby :
nasze życia dalekie były od BYLEJAKOŚCI
pełne były wyjątkowej JAKOŚCI i kolorów które sami im nadamy
nie było w nich miejsca na nijakość
i by nie towarzyszył im pośpiech


Odkąd zamieszkałam na wsi, lubię mówić o sobie "Countryliferka" i bynajmniej nie oznacza to fankę muzyki Country ;) Dlaczego Country Life i Countrylifestyle, zamiast po prostu życie na wsi, mieszkanie na wsi. Dlaczego nie wieśniaczka czy wieśniareczka...



Po pierwsze język angielski, moim subiektywnym zdaniem, lepiej oddaje pewne niuanse i barwy nadające inne znaczenia niby tym samym słowom. I dlatego jest house i home, czyli jakby dwie strony tego samego. Jedna materialna i namacalna,druga duchowa i nieuchwytna. W naszym kochanym, ojczystym języku jest tylko dom... tak samo opisujący mury, dach i okna jak i miejsce powrotów, oazę spokoju, strefę naszego intymnego i rodzinnego funkcjonowania. Nie ma w tym słowie niuansów, nie ma tonów i zabarwień. Nie znalazłam również słowa które opisało by dokładnie właśnie ów angielski HOME...

Tak samo jest z village i country... to pierwsze to mury, to drugie to dusza. Wieś - to nic innego jak forma podziału terytorialnego państwa, równie sucha i mało wymowna jak dom... Dlatego country life, counrtylifestyle i Countryliferka...

Bo samo mieszkanie na wsi nie czyni Countryliferką  i nie oznacza cauntrylifestylu. Znam wiele osób mieszkających na wsi, którzy żyją po "miejsku", lub mieszczańsku jak kto woli. Mają nowe, piękne domy, wysokie murowane płoty, kostkę lub bruk zamiast trawy. Nie uprawiają warzyw bo po takowe jeżdżą na ryneczek lidla, nie pielą ogrodu bo mają tuje, nie robią przetworów na zimę, nie kopcują ziemniaków i nie robię wielu rzeczy które dla mnie nierozerwalnie związane są ze stylem wiejskim.

CountryLifeStyle to dla mnie, sposób życia, patrzenia na świat.

Poranne przeciąganie się w łóżku z radością z piania kogutów u sąsiada.
To "obchód" po włościach wczesnym rankiem, często na boso brodząc w rosie, sprawdzając co w obejściu słychać.
Kubek kawy na progu przed domem ( tarasu jeszcze nie mamy).
Wynoszenie pościeli do wietrzenia na sznurki, pranie schnące cały rok na dworze, świeże kwiaty w wazonach, sezonowe dekoracje z darów natury.
To wycieczki piesze bliższe lub dalsze, podziwianie przyrody, ładowanie akumulatorów widokami, zapachami, dźwiękami.
Zapach powietrza po burzy, lub zapach opadłych jesiennych liści i snujących się dymów z ognisk. Pola, łąki, lasy, trawa, kwiaty... ptaki, pszczoły, motyle...drżenie powietrza w upalne dni i chłód cienia pod dębami.
Zapach domu, wygoda miękkiej kanapy, przytulność białej poduszki z koronką, smak i zapach drożdżowego ciasta z czereśniami.
Wyjadanie truskawek z ogródka, zbiory wczesnoporanne w warzywniku.
Smak mleka prosto od krowy i kanapek z twarożkiem i własnym szczypiorkiem.
Ciepło kominka w letnie pluchy, dźwięk deszczu uderzającego w parapety, zapach świata po burzy.
Zapach krów sąsiada kiedy ma się na deszcz i pyłku po żniwach wirującego w powietrzu.
Brzęczenie pszczół w lipach i bąków uwięzionych w kielichach malw.
To niebo przeróżne w kolorze, kształcie i fakturze.
To ukojenie umysłu i serca po powrocie z gwarnej stolicy, wytchnienie dla ciała na hamaku wieczorem.
Smaki i zapachy warzyw i owoców własnej produkcji.

Mogła bym tak wymieniać w nieskończoność. Nie zapominając oczywiście o tych może nieco mniej przyjemnych aspektach jak grabienie liści, koszenie trawy, pielenie, pielęgnacja warzyw, owoców i roślin czyli the never ending story... a więc ciężka praca u podstaw.

Wieś jest piękna, jest różnorodna, każdy znajdzie coś dla siebie. Trzeba określić własny styl życia czy to w mieście czy na wsi, nie przejmując się opiniami innych i komentarzami na ten temat. Możesz mieszkać na wsi i prowadzić miejski styl życia, możesz być rolnikiem czy hodowcą, możesz prowadzić agroturystykę, produkcję sera czy czegokolwiek jeszcze. Możesz porwać się na powrót"do korzeni" i założyć skansen. Twój dom może być ludowy, kryty strzechą, dachówką lub blachą. Możesz też czerpać ze wsi to co dla Ciebie najcenniejsze i wokół tego tworzyć swoje życie i jego styl

To mój styl CountryLifeStyle, to mój sposób na życie, moja idea, tak ja to widzę, tak mi w duszy gra i z tym jestem szczęśliwa. Tutaj dzielę się nim z Tobą, zapraszam do mojego życia, na moją wieś i pokazuję co z niej dla mnie najważniejsze. Tutaj zobaczysz mój dom i to jak Ja subiektywnie czuję wystrój domu wiejskiego. Zobaczysz jak wygląda fragment mojego "życia na wsi". Wiem, że jest wiele osób żyjących na wsi podobnie jak i wiele żyjących zupełnie inaczej.

Dlatego wszelkie uwagi typu mieszczuch przeflancowany na wieś, co to w różowych gumiakach i pomalowanych paznokciach w grządkach pracuje, mnie nie interesują. Nie szufladkuję, nie oceniam, pozostawiam każdemu wolny wybór i szanuję decyzje. Jedyne co mnie czasami denerwuje to TUPET i brak skromności, w PYCHĘ przechodzący. Wyważanie już otwartych drzwi, odkrywanie dawno odkrytego, patentowanie cudzych patentów.

To tyle :) Pozdrawiam wasza Countryliferka!

O własnych warzywkach, bez nawozów i sztucznych podganiaczy marzy niemal każdy. Mieszkając na wsi zdecydowanie o nie łatwiej. Więcej miejsca, więc i większe pole do popisu. Jednak zauważyłam, że również w mieście stały się one popularne. Zakładane w małych, przydomowych ogródkach, czy na balkonach w blokach. 


Co i ile?

Musicie zastanowić się co chcecie uprawiać i ile tego ma być. Z doświadczenia radzę więcej, bardziej różnorodnie, a w mniejszych ilościach. Ponieważ warzywa szybko rosną i wcześniej zdarzało nam się, że pomimo codziennej, masowej ich konsumpcji nie wykorzystaliśmy wszystkich. Żal było patrzeć jak rzodkiewka strzela w nasiona, szpinak przerasta, a szczypior się łamie. Jako trzyosobowa rodzina, z dwójką głównych konsumentów, jemy warzywa stale. Na śniadanie, obiad i kolację. Jednak kiedy mamy wybór, czyli możemy wybrać co jemy, czy jemy szpinak, rukolę czy może sałatę, okazuje się że pojedynczych sztuk zjadamy niewiele. Dlatego nasze siewy i tym samym zbiory są cykliczne. Wysiewamy np. sałatę w odstępach trzy tygodniowych. Dzięki temu kiedy kończymy konsumować główki z pierwszego siewu, które są już mocno "dojrzałe", te z drugiego właśnie dorastają do zjedzenia. Podobnie robimy z pozostałymi warzywami. 


Mniej a bardziej różnorodnie

Nasze zbiory są też powiązane z sezonowymi "zachciewajkami". I tak w okolicach kwietnia zachciewa nam się nowalijek, czyli sałaty, rzodkiewki, szczypiorku i koperku. Później siejemy szpinak, rukolę, sadzimy por i kapustę. Por na sałatki z młodego pora, a kapustę na bigosik z zielonej kapusty do młodych ziemniaczków. W okolicach czerwca zabieramy się za fasolkę szparagową, brukselkę i ogórki czy buraki. Jesienią zbieramy seler, marchew, pietruszkę.



Jak wybrać miejsce?

Przede wszystkim musi być to miejsce, w którym będzie Wam łatwo uprawiać. Będziecie mieć blisko do wody (podlewanie), kompostu, narzędzi. Najlepiej aby było dobrze nasłonecznione, ale nie wystawione na palące słońce od rana do nocy. Nasze poletka dostają słoneczko mniej więcej od 12 do wieczora. Dzięki temu poranna rosa długo trzyma się na nich i nie wysychają tak szybko. Dobrze jeżeli stanowisko pod uprawy znajduje się w zacisznym miejscu. Wiatry wówczas nie lamią roślin i nie wysuszają gleby. 

Kiedy siejemy?

W zasadzie przez cały rok. Pamiętajcie tylko, że im później siejecie, tym później będziecie zbierać plony. Uważajcie aby zdążyć przed przymrozkami ;) W tym roku sałatę, koper, szczypior, rzodkiewkę wysiałam końcem marca. Do połowy kwietnia kiełkowały sobie pod włókniną. W kwietniu przyszedł czas na kapustę, marchew, pietruszkę, rukolę. Natomiast buraki, ogórki i dynie z cukiniami wysiałam zaledwie dwa tygodnie temu. Pomidory luby wkopał niecały miesiąc i już mają owoce. Za około dwa tygodnie posiejemy fasolkę szparagową.


Pielęgnacja

Dbamy by nie zmarzło. Zwłaszcza wczesna wiosną. Okrywamy włókniną na noc, w dzień jeżeli świeci słońce i jest ciepło odkrywamy. 

Przerywamy. Jeżeli siejemy prosto do ziemi (Ja tak właśnie robię), musimy przerwać warzywa, aby nie rosły zbyt gęsto, gdyż będą małe i słabe.

Pielimy. Szczególnie ważne jest to na początku, kiedy warzywka są małe i walczą z chwastami o dostęp do słońca. Później to już bardziej kwestia walki o wodę no i estetyki ogródka.

Podlewamy. Nigdy w dzień!! Ponieważ możemy ugotować nasze rośliny. Podlewamy wczesnym rankiem lub wieczorem.

Chronimy przed zjadaczami. I tutaj walka jest zdecydowanie nierówna. Ślimaki, gąsienice, krety, nornice... Nie mam skutecznego - ekologicznego sposobu ochrony przed nimi. Słyszałam o plastikowych butelkach zatkniętych na kije, czy soli na ślimaki. Jednak ich skuteczność jest dyskusyjna. 

Nawozimy. Tylko ekologicznym nawozem. U nas to obornik lub popiół drzewny, który w czasie przekopywania wiosennego mieszamy z ziemią.

Pamiętajmy o płodozmianie. Więcej o nim tutaj [KLIK].

Udanych plonów i wielkiej frajdy!




17 - tego maja obchodziłam po raz pierwszy Światowy Dzień Pieczenia. Piec uwielbiam od dawna. Obecnie piekę rzadziej, jednak kiedyś nie wyobrażałam sobie niedzieli bez zapachu domowego ciasta. Przyszła wiosna, rozpoczął się sezon na domowe słodkości w postaci owoców wszelakich. Zaraz pojawią się truskawki, po nich czereśnie, maliny, jeżyny... pole do popisu ogromne. Zanim to jednak nastąpi na naszym stole królować będzie Pan Rabarbar. Rabarbar od zawsze kojarzył mi się ze wsią. Kompoty z rabarbaru skutecznie gasiły pragnienie w upalne, wakacyjne dni u dziadków. A ciasto z rabarbarem należy do moich ulubionych.


Już od jakiegoś czasu chodziła za mną myśl o upieczeniu rabarbarowca. Mijając nasz ogrodowy rabarbar sprawdzałam jego kolor. Ponieważ im bardziej czerwone gałązki tym słodszy rabarbar, a do ciasta najlepszy taki pół na pół ;)

Kiedy dowiedziałam się o Światowym Dniu Pieczenia, uznałam, że będzie to idealny moment na rozpoczęcie rabarbarowego sezonu. Tak więc w sobotę zerwałam świeże, rumiane gałązki i upiekłam dwa ciasta. Jedno powędrowało kurierem do Wrocławia do mojej serdecznej przyjaciółki. Drugie właśnie kończę przy porannej kawie.




Tak więc dzięki akcji Kurierzy Kasi, w której udało mi się wygrać darmowy dowóz ciasta do wybranej osoby, odległości między naszym końcem świata, a naszym dawnym miejscem życia - Wrocławiem stała się niemal niezauważalna. Fajne są takie akcje. Ta pozwoliła sprawić radość innym w chwil kilka.

Mój przepis na rabarbarowca to przepis uniwersalny, ponieważ pasuje do każdego owocu. Jest chrupki i maślany. Idealnie komponuje się z kawą, lodami czy kompotem. Powstaje raz, dwa, a znika jeszcze szybciej.

Ponieważ jest to gęste ciasto, nie wyrasta imponująco. Polecam poniższe proporcje na okrągłą tortownicę.

Składniki
Na ciasto:
200 g masła
200 g cukru pudru
4 jajka
250 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Na kruszonkę:
1/2 kostki masła (125 g)
1 szklanka mąki
1/2 szklanki cukru
Najpierw przygotowujemy rabarbar: 
Myjemy i usuwamy skórkę.Kroimy na około 2-3 cm kawałeczki.Tortownicę smarujemy i obkładamy papierem. Polecam najpierw wyciąć koło na spód, a później osobny pasek na obwód tortownicy. 
Przygotowujemy kruszonkę:
W rondelku roztapiamy masło i ostudzimy. Następnie dodajemy mąkę i cukier, a całość zagniatamy. Wstawiamy na chwilę do lodówki lub zamrażarki.
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.
Robimy ciasto:
Masło ucieramy z cukrem pudrem na gładką, puszystą masę. Możemy zrobić to za pomocą miksera lub pałki. Nie przerywając ucierania, dodajemy po kolei jajka. Następnie, łyżka po łyżce dodajemy mąkę przesiana z proszkiem do pieczenia. Całość miksujemy na wolnych obrotach, aż do połączenia składników.
Tak przygotowane ciasto przelewamy do tortownicy i wyrównujemy zmoczoną w wodzie łyżką (ciasto się mocno klei). Na wierzch układamy kawałki rabarbaru w odstępach około 1 cm. Posypujemy ciasto kruszonką i wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni piekarnika (termoobieg) na około 60 minut.

SMACZNEGO!
A tak prezentuje się upieczone ciacho u mnie i u Magdy - obdarowanej :)


Czy też macie takie wspomnienia? Wspomnienia dzieciństwa, tak pięknego i sielskiego, że aż oczy mrużyć trzeba, powracając myślami do tych słonecznych dni, kiedy to jako małe dzieci spędzaliście wakacje u dziadków na wsi? Ja mam takie wspomnienia, wspomnienia o wyostrzonych barwach, przepełnione południowym słońcem... Letni, upalny dzień na wsi. Poranek jeszcze czuć rześkość nocy, powoli słońce osusza trawę z wieczornej rosy. Idę za rękę z Babcią, idziemy drogą do sklepu, na drugi koniec wioski. Zapachy, brzęczenie owadów, cykanie świerszczy, śpiew ptaków. Czuje się jak Alicja w Krainie Czarów, wszystko jest nienaturalnie wielkie i piękne. Słońce na twarzy i przyjemny chłód cienia, kiedy przechodzimy pod drzewami....Wieczór, ciepłe ale delikatne słońce grzeje ramiona, z wielką kanką, sięgająca niemal pięt, maszeruję dzielnie z Babcią do sąsiadki. Wchodzimy do sieni, ten słodki zapach, jedyny w swoim rodzaju, zapach pola, obory, krowy i mleka roznosi się dookoła. To przyjemny zapach, ciepły i bezpieczny. Prace, których teraz dobrze nie pamiętam, przelewanie mleka przez tetrę, zbieranie śmietany... Wraca, z pełną kanką, którą teraz niesie już babcia. Przelewamy mleko do słoika, stawiamy w sieni na zimnej jak lód posadzce żeby ostygło. Będzie na rano do bułki.


To mleko to dla mnie symbol wsi. Symbol bez którego jej sobie nie wyobrażam. Dziś większość wsi wygląda już zupełnie inaczej, niż za czasów mego dzieciństwa. Jednak mam to szczęście, że na naszej wiosce jeszcze wiele "starego" pozostało. Między innymi mam krowę. Tak, jedną krowę na całą wieś. I dziękuję w duszy Bogu za tą krowę. Bo wiem, że w tak wielu wsiach już jej nie ma. Krowy zniknęły niemal zupełnie z krajobrazu naszych wsi. Jeżeli gdzieś są, to tylko w oborach, podłączone do dojarek. Straszny dla mnie to obraz. A ja mam krowę! Mimo, że to krowa tej samej sąsiadki, do której chodziłyśmy z Babcią, mam do niej mocno emocjonalny stosunek ;) To moja krowa ukochana! Bo słyszę jej Muuuuuuuu, bo mogę pokazać ja Mai, bo codziennie obdarowuje mnie swym mlekiem. Tak pysznym, bo nie tylko zdrowym, ale i pełnym wspomnień. To mleko jest jak "komunia" to pokarm dla ciała i duszy.


Wieczorem, tradycyjnie wychodzimy na "wieczorny spacer" (o spacerach więcej tutaj), idziemy do sąsiadki z kankę. Jeżeli krowa już wydojona, zabieramy je do domu, jeżeli jeszcze nie, sąsiadka podrzuca nam ją z samego rana. Dzięki temu mogę codziennie czuć się jak ta mała dziewczynka idąca za rękę z Babcią. Mam nadzieję, ze dla mojej córki to również będą wspaniałe wspomnienia.

Nasza krowa, uwieczniona przez googlemaps ;)


W tym roku minie sześc lat mojej przygody z blogowaniem. Początkowo, to miejsce miało być dla mnie pamiętnikiem, do którego wracać będę po latach i wspominać perypetie remontowe. Remont naszego starego domu, zajął nam trochę czasu. Mogliście poczytać tutaj o burzeniu ścian, kładzeniu dachu, wymianie okien, tynkowaniu, malowaniu, projekcie kuchni i wielu innych około remontowych przygodach.


Obok odnawiania domu, odnawialiśmy również ogród. Powoli, kawałek, po kawałeczku, metr, po metrze wydzieraliśmy "dziczy" jaka zapanowała tutaj przez ponad dziesięć lat "nie mieszkania" nasz obecny ogród i sad. Pisałam o karczowaniu, koszeniu, ale i zakładaniu nowych rabat kwiatowych, czy też moich pierwszych przygodach z warzywnikiem.

Remont dobiegł końca, zostały nam detale wykończeniowe. A to jakaś listwa przypodłogowa, elewacja, półka do kuchni... W międzyczasie spełniło się kilka moich marzeń, których również byliście świadkami na tych stronach. Przeprowadziłam się tutaj, wyszłam za mąż i zostałam mamą. Rozpoczął się nowy, fascynujący etap mojego życia. Zostałam Wieśniaczką, chociaż wolę własne określenie "Countryliferką". A mój blog z bloga remontowego, ewoluował siłą rzeczy w blog o życiu, życiu na wsi.

Tym samym w zgodzie z duchem wiosny, odkurzam blog i zmieniam mu fatałaszki. Żegnając z rozrzewnieniem etap remontowo - budowlany, otwieram etap lifestylowy, a dokładniej CountryLifeowy ;) Zainteresowanych remontem odsyłam na stronę REMONT. Powoli wprowadzać będę kolejne zmiany w wyglądzie i funkcjonalności bloga. Musicie mi wybaczyć jego obecną niedoskonałość, prace w htmlu z 10 miesięcznym brzdącem na rękach, troszkę się przeciągają ;)

Dziś Majeczka kończy 7 miesięcy! Każdy z nich wydaje się krokiem milowym. A gdzież ona podąża tymi milowymi krokami, niczym kot w butach? W życie, w dorosłość, w samodzielność...

Na szczęście zanim to wszystko nastąpi, jeszcze wiele pięknych kroków przed nami. Chcemy cieszyć się każdym z nich i w każdym odnajdywać szczęście i siebie nawzajem. Chociaż czasem bywa ciężko, bo ząbkujemy, bo mamy kolejny skok rozwojowy, bo z pięknie przesypianych nocy zrobiły się pobudki co 3 godziny...


Dlaczego My mamy, a nie ona ma? 

Właśnie dlatego, że jesteśmy w tym wszyscy razem i jej życie jak sternik okrętu wyznacza kurs naszym życiom, naszym myślom, troskom ale i sukcesom i radościom. Każdy nowy ząbek ( mamy ich dwa), każda nowa umiejętność ( pełzamy do przodu, turlamy się, jemy chrupki kukurydziane, siedzimy z lekkim podparciem i wiele innych) to trud i sukces Jej i nasz.

Siedem miesięcy to wystarczająco dużo czasu żeby móc stwierdzić jak nam się tutaj we troje mieszka i wychowuje. Napiszę Wam, że... jak zwykle są wady i zalety.

Mai jest wspaniale! 

Dużo miejsca w domu i poza nim, codzienne wędrowania, pełzanie za kotem, jabłuszko zawekowane przez mamusię, świeże powietrze, pachnąca wiatrem kołderka, cisza i spokój przerywane szczekaniem psów i krzykami wróbli. A najlepsze dopiero przed nią, wiosna, ciepłe słońce, motylki, kwiatuszki, zabawy na trawie i w piaskownicy... Nawet miejskich atrakcji jej nie brakuje, bywa z nami w galeriach handlowych, u znajomych i rodziny, ma kontakt z innymi dziećmi. Myślę, że z punktu widzenia malucha lepiej być nie może.


A jak to widzą rodzice? 

Jest cudownie, co nie oznacza, że nie mogło by być lepiej. Stąd ogłoszenie parafialne! Zapraszamy do zamieszkania w najpiękniejszej wsi w Polsce! Bardziej urokliwego miejsca nie znajdziecie :P Do walorów przyrody dołączamy walory towarzyskie, czyli nasze skromne osoby :D Kawki, ciasteczka, wspólne spacery, urządzanie domu, pielęgnacja ogródka, grille, wieczorne dumania przy kominku lub ognisku, dożynkowe harce, spontaniczne wypad do miasta lub nad pobliskie jezioro! I wszystko to w gratisie.



Tak moi drodzy towarzystwa nam trzeba... A szczególnie wyposzczonej towarzysko matce, która może wędrować tą wsią i jej drogami i bezdrożami godzinami, a żywego ducha nie uświadczy! I wiem dobrze, że w wielkim mieście też samotnym być można. Ale ja już do mijanych psów mówię dzień dobry... ech. Wbrew pozorom to nie jakaś wymarła miejscowość, a spora liczebnie wieś z pokaźną jeszcze grupą młodych ludzi. Nawet kilka kobiet z wózkami się znajdzie. Maja ma troje rówieśników... Ale mi bratniej duszy trzeba, takiej która nie robi wielkich oczu na wieść, że kot nasz nie ma własnego legowiska, tylko zwyczajnie w łóżku z nami sypia ;)

Wiosna to czy zima?

A tymczasem jakieś przyrodnicze dziwy się dzieją! Kaczki latają nie w tym kierunku co trzeba, hiacynty szykują się do kwitnienia, narcyzy i żonkile już świeżą zielenią cieszą oczy, ptactwo w zagrodach pieje i krzyczy z zachwytu, a ja muszę kurtkę rozpinać bo styczniowe słońce o pot na czole przyprawia. Czy to zima wciąż, czy już wiosna?
Wracamy do cyklu sielsko - anielsko, ale nie zawsze ...

Wielki Brat Patrzy

O tym, że na wsi wieści rozchodzą się z prędkością światła wiedziałam. Im mniejsza społeczność tym większa ekspozycja... jasne. Naszą wioskę zamieszkuje około 180 osób,  kontakty utrzymuję może z dziesięcioma rodzinami, kolejnym dziesięciu potrafię przypisać nazwisko do miejsca zamieszkania. I na tym  kończy się moja wiedza odnośnie sąsiadów. Przeprowadzając się tutaj postanowiłam nie nawiązywać silnych więzi społecznych, nie wchodzić w komitywy itp. Życ z każdym w zgodzie i utrzymywać poprawne stosunki sąsiedzkie. Niestety okazuje się, że na wsi istnieją silne podziały, są obozy, są ich liderzy i zaplecze. Stare, pokoleniowe zaszłości nadal rzutują na życie i relacje. Nie każdy z każdym rozmawiać powinien, a mówienie napotkanemu sąsiadowi dzień dobry nie jest tak oczywiste jak mniemałam. Co więcej nie z każdym przy stole dożynkowym usiąść należy bo kiedy siedzisz z jednymi to znaczy żeś ich popleczniczk. Jeżeli rozmawiasz z drugimi to znaczy, że donosisz o czym ci z którymi siedziałaś rozprawiali. Połapać się w tym galimatiasie nie sposób i ja nie zamierzam.

Jednak o raju! Jakaż naiwna byłam sądząc, że żyjąc sobie na końcu wsi pod lasem, nikomu w oczy się nie rzucam, nikogo nie kłuję i dla nikogo tematem do rozmów nie jestem. A guzik prawda. Niedługo miną dwa lata naszej tu bytności i jak się okazuje to nadal świeży i chętnie odgrzewany temat. Nawet ludzie których nie znałam, ba nawet nigdy wcześniej nie widziałam, w pierwszym kontakcie wiedzą o mnie dużo więcej niżbym sobie tego życzyła. Abstrahuję już od tego czy posiadane przez nich informacje są prawdziwe czy nie. Po prostu wiedzą, interesują się i nie uważają za nietaktowne w pierwszym kontakcie wypytać o wszystko co ich ciekawi. A wiedzę czerpią ze wszystkiego. Z tego czy w niedzielę słychać u nas kosiarkę, czy przed odpustem przystrzygliśmy trawnik, czy i jak często widują nas w Kościele, etc. Zasypana gradem pytań zazwyczaj próbuję taktownie wybrnąć z sytuacji nie pozostawiając jeszcze więcej informacji do rozważania. Najlepiej wtedy sprawdza się zwykła zmiana tematu na rolę lub pogodę, a ostatnio wybawieniem jest Majeczka. Zaglądnięcie do wózka w celu poprawienia kocyka czy sprawdzenia ciepłoty rączek szybko wybija rozmówcę z toru myśli i już można czmychnąć dalej.

Ekspozycja społeczna i lawinowy przepływ informacji sprawia, że łatwo się "narazić". Wystarczy wypowiedzieć pogląd niezgodny z opinia większości i już jesteś persona non grata. Bo nic tak nie jednoczy jak próba wprowadzenia zmian, nowości, zejścia z wytyczonej ścieżki. Zapomnij człowieku o próbie edukacji na temat paskudnego życia psów na półmetrowym łańcuchu, lub o konieczności spacerowania z pupilami na smyczy. Zapomnij o zwróceniu uwagi na bezprawne wycinanie drzew... w końcu nie są twoje, a niczyje wiec co się sadzisz. Jakoś rok temu pisałam o walce z wiatrakami. Jak się okazuje walkę wygrałam - i nie przypisuję sobie tej zasługi - po prostu tak się złożyło, że ich nie będzie i nie wiadomo komu to zawdzięczać. Może sam sygnał że ktoś się nie zgadza, może wypowiedzenie swojego poglądu na spotkaniu z burmistrzem, a może po prostu inwestor się wycofał. Nie mniej jednak był to czas kiedy czułam się nieco trędowata... jakby przebywanie ze mną skutkowało byciem antywiatrakowcem ;)

I chyba tylko dzięki temu, że mieszkają tutaj naprawdę fajni ludzie, ta ekspozycja społeczna jest do zniesienia. Czasami bywa przyjemna, a nawet pożyteczna. Bo pomimo typowo ludzkiej ciekawości, wszechobecnych wieści zza płota, istnieje też wielka życzliwości i chęć niesienia pomocy, o którą tak ciężko w anonimowych wielkomiejskich społecznościach.

Ciąg dalszy nastąpi...
Lato ma się ku końcowi, a ja właściwie już czuję jesień. Długie wieczorne cienie, żółciejące liście, jesienne kwiecie, puste pola, niegrzejące już słońce... I nic to, że kartka z kalendarza pokazuje jeszcze sierpień, i nic to że niby jeszcze trzy tygodnie lata... Lato już przeminęło, a ja pakuję jego resztki do słoika, zakręcam szczelnie żeby do zimy mi nie uciekło, a w mrozy rozgrzewało i przypominało o sobie. Tak więc obieram, kroję, gotuję, przecieram, pasteryzuję, wyciskam  i końca nie widać.

Na pierwszy ogień - mus jabłkowy dla Mai. To kolejne małe marzenie spełnione - przecierki owocowe dla dziecia własnej roboty. Szkoda, że nie mam magicznej szuflady, klasera lub skrzyneczki, w której mogła bym zamykać wszystkie te zrealizowane już mini marzenia oraz wielkie marzeniska, a później przeglądać w słotne jesienne wieczory siedząc w fotelu przy kominku z siwizną na głowie i kubkiem kakao w ręce. Musiki zrobimy z jabłek, gruszek i dyni. Soczki z czarnego bzu i jeżyn. Mam jeszcze smaczek na własny przecier pomidorowy, może się uda.

Mieszkając na wsi, poczuć można to co w mieście dawno zagłuszone zostało, specyficzny instynkt przetrwania. Instynkt, który mimo XXI wieku tkwi głęboko pod skórą, i odzywa się głośnym echem minionych epok, kiedy to cały rok był zorganizowany wokół przygotowań do zimy, a jesień właściwie głównie tym przygotowaniom poświęcona. I cytując Pana JRR Martina "Winter is coming"... a skoro idzie, trzeba się do niej przygotować. Kiedy mieszkałam w dolnośląskiej stolicy moje przygotowania ograniczały się do zmiany garderoby na cieplejszą, zakupu zapasu kakaa i ciepłych skarpet, w których przesiadywałam pod kocem w zimowe wieczory z książką w dłoni. Teraz zamawiamy węgiel, przygotowujemy drzewo do kominka, zbieramy cebulę, suszymy kwiaty lipy i miętę na zimowe herbatki, kroimy i zamrażamy lub kopcujemy...

Po przygotowaniach "własnych", przyjdzie niebawem czas na przygotowanie ogrodu. Już teraz sukcesywnie wycinam to co przekwitło, zżółkło, uschło... Pomimo dosyć przyjemnych temperatur w dzień, bywają zimne noce. U nas ostatnio regularnie poniżej 10. Sezon kominkowy już rozpoczęty i miło tak poczuć zapach jabłek pyrkających w garze, przeplatany zapachem drewna z kominka. I dobrze jest móc wygospodarować te parę chwil pomiędzy karmienie, zmianą pieluszki i zabawą na macie na domowe przetwory i jesienno - zimowe przygotowania. Miło posiedzieć w kuchni w późne wieczory, kiedy dziecina nasza spokojnie śpi, krojąc i obierając przy herbacie i rozmowach o tym co przed nami...

Winter is coming but autumn already is here ;)