Follow my blog with Bloglovin
Dziś temat rzadko poruszany i tutaj i na innych stronach życiu na wsi poświęconych.

Sielsko + anielsko = wiejsko

Takie równanie wychodzi mi zawsze kiedy czytam o życiu na wsi, czy to na blogach czy w czasopismach. No i cóż jest to prawda, sama doświadczyłam jej wielokrotnie, posiadam niezbite dowody.... ale. No właśnie jest jedno ale, a może i więcej. Jak od każdej reguły/zasady tak i tutaj wyjątki być muszą.

DUŻO
 
Dziś (będąc mamą trzy miesięcznego szkraba) widzę ich więcej, niż jeszcze kilka miesięcy temu. Zacznę od spraw bardziej ogólnych, każdego dotykających. Przede wszystkim na wsi jest dużo, dużo więcej pracy. Ktoś powie ok, ale praca jest fajna... no tak zgoda jest, ale... Ale jeżeli widzisz jej koniec i nie musisz zaczynać od początku kiedy właśnie do końca się zbliżyłeś. Czasami myślę sobie, że moja wewnętrzna potrzeba ładu, harmonii, porządku i symetrii bardzo tutaj cierpi. Kiedy musisz opanować prawie 80 arów dzikiej przyrody, trawy, kwiecia, drzew, owoców i warzyw... uczestniczysz w the never ending story... Możesz sobie wypruć flaki od rana do wieczora kosząc, pieląc, nawożąc, przycinając, plewiąc, grabiąc... i nigdy nie będziesz zadowolony. Ponieważ nigdy nie nadejdzie ta chwila kiedy z herbatą w ręku usiądziesz w ogrodzie i spojrzysz nań zadowolony/a z myślą "no to po robocie". W zależności od stopnia ukończenia pracy będzie cię gryźć mniejsze lub większe poczucie niedosytu.


Pamiętam siebie mieszkajacą w mieszkaniu, w dolnośląskiej stolicy. Sobota była moim ulubionym dniem. Od rana mogłam sobie sprzątać, podlewać kwiatki, zamiatać korytarz, pichcić, piec placki, wyskoczyć do warzywniaka, a wieczorem miałam jeszcze czas i siłę na obejrzenie filmu lub wyjście z Lubym do kina. Wszystko zamykało się w tym jednym dniu. Dziś zamiast 50 m, mam 160, zamiast kawałka zieleni - 80 arów. Większa powierzchnia = więcej czasu potrzebnego na jej oporządzanie. Niby logiczne, ale w praktyce mocno zaskakujące ;)

DALEKO

Kolejna oczywista, oczywistość - odległości. I znowu to co cieszy (droga do Jot. prowadzi tylko do Jot. i nigdzie się stąd nie dojedzie), bywa powodem utyskiwań. Prawda, prawda, mamy samochód i wszędzie dojechać możemy, ale już wyjść na spacer na lody czy do wspomnianego wyżej warzywniaka NIE. Do najbliższego sklepu 4 km, więc pozostaje rower  - no ale nie z niemowlakiem;). Daleko nam do przyjaciół, do rodziny. Jeździmy, dojeżdżamy i mamy się dobrze, jednak tęskno czasami za pójściem piechotą do restauracji lub na pizze. Aby zminimalizować te niedogodności rozglądam się za własnym wehikułem ;)

Z powyższego wynika nam coś jeszcze, czego się w zasadzie nie spodziewaliśmy - MAŁO NAM NAS! Zwyczajnie widujemy się krócej niż mogło by to mieć miejsce np. w mieście. T. wyjeżdża do pracy (50 km) o 6:30, w domu jest najwcześniej o 17:30, jeżeli po drodze robi jeszcze zakupy o 19:00. Och! Jak ja za nim czasami tęsknię. Tak zwyczajnie, za mało mamy czasu dla siebie i ze sobą.


Odległości zmniejszają też pole wyboru. I to w szerokim tego słowa znaczeniu. Mi najbardziej dało się to we znaki kiedy zapisywałam Maję do pediatry. Niby mamy wolny wybór, jednak rejonizacja w praktyce dalej obowiązuje. Nie zostałam zapisana do przychodni, którą wybrałam ze względu na jakość świadczonych w niej usług, bo co? Bo bliżej mnie jest inna i nie ważne, że mało miasteczkowa - z dwoma lekarzami na krzyż i brakiem wizyt domowych. Ważniejsze, że o kilka kilometrów bliższa od tej którą wybrałam. Efekt? Za wizyty domowe muszę płacić lekarzowi który w tej przychodni pracuje. To ograniczenie wyboru dotyka tym bardziej im dalej od dużego miasta mieszkasz. Ja do dużych ośrodków mam po 50 km i tego nie przeskoczę, muszę wybierać w tym co na miejscu. A nawet to co na miejscu okazuje się nie zawsze dla nas dostępne. Bo np. nikt nie dowiezie nam pizzy 10 km w jedną stronę ;)

Tyle na dziś... ciąg dalszy nastąpi...

Przypominam o Jesiennym Candy i zapraszam do udziału.