Follow my blog with Bloglovin
Witajcie po dość długiej przerwie! Lato w pełni, urlop już za nami, więc wracam do Was z kolejnym postem.

Ostatnio na wielu blogach i w mediach społecznościowych przetoczyła się dyskusja odnośnie inspiracji, kopiowania i oryginalności. Nie będę tutaj dywagować na ten temat, bo granica pomiędzy inspiracją, a kopiowaniem jest tak płynna, że nie można stawiać ogólnych tez czy definicji. Każdy przypadek "sporny" powinien być rozpatrywany indywidualnie poprzez porównanie z pierwowzorem - inspiracją. Moim zdaniem jak w wielu sprawach tak i tutaj diabeł tkwi w szczegółach. To szczegóły decydują o autentyczności wytworu, to w nich widać "duszę" twórcy. Ogólne trendy zawsze będą kopiowane, jednak to od nas zależy czy i ile dodamy od siebie tworząc rzecz naszą.


Sześc lat temu w mojej głowie powstała wizja kuchni w Jot. Oczami wyobraźni widziałam białe meble, szare ściany, emaliowane dodatki. Przeglądając internet znalazłam kilka aranżacji mniej lub bardziej trafnie odzwierciedlających moje wyobrażenia. Wówczas białe, stylizowane, eklektyczne nieco kuchnie, z ciemnym blatem kontrastującym wobec frontów, ze szprosami w witrynach były mało trendy. Pamiętam reakcje moje przyjaciółki projektantki wnętrz na moje ochy i achy wobec powyższej koncepcji. Jednym słowem uświadomiła mi, że wówczas na czasie były meble modernistyczne, nowoczesne i z połyskiem. Nawet swoją kuchnię tak właśnie urządziła. Dziś w nowym domu ma właśnie białe meble ze szprosami. Ba nie ona jedna! Wiele, wiele osób podążyło tym nurtem. Białe, stylizowane meble, nie ważne czy nazwiemy je rustykalnymi czy skandynawskimi stanowią tło dla wielu aranżacji kuchni. Są jakby fundamentem. Jednak to dodatki do tych mebli, przedmioty i elementy stanowią o oryginalności owych aranżacji. I z mojej perspektywy każda z takich kuchni jest inna, wyjątkowa i swojska. 


Podstawowe pytanie brzmi Jak chcę się tutaj czuć? Mamy wybór możemy mieć pięknie, modnie trendy i dokładnie tak jak ktoś tam ma... lub możemy mieć po swojemu, co oczywiście nie przeczy powyższemu. Czasami śmieję się, że skoro istnieje psychologia koloru, to czemu nie wnętrza? Pokaż mi swój dom a powiem Ci kim jesteś :D 

Jak miało być tutaj? Miało być swojsko, czyli po naszemu. Miło i przytulnie, ciepło i rodzinnie. Podstawa, fundament, czyli meble i kolor pomieszczeń bez zmian. Operować i nastrajać miały dodatki i ich kolory. Miało być wiejsko, ale nie skansenowo i nie ludowo. Czyli jasne, naturalne barwy, bawełna, len, koronka, ciemne drewno, emaliowane i ceramiczne dodatki. 




Jest biała (no może kremowa) kuchnia, są szprosy w wysokich witrynach, jest ciemny blat i ozdobne listwy. I jest cała reszta, dzięki której jest właśnie po naszemu. Wiosną królują soczyste zielenie, latem turkusy i róże, jesienią jest żółto i pomarańczowo, a na zimę czerwono :) Czy jest pięknie? Tak! Czy jest jak z żurnala? Nie! Po pierwsze dlatego, że tworzymy to wnętrze ( jak i wszystkie inne) powoli i sukcesywnie, z jednej strony ze względu na mocno ograniczone środki finansowe, z drugiej na brak czasu (roczniak zbyt wiele go pochłania ). Czy nadajemy się do prasy? Zapewne nie. Czy możemy kogoś zainspirować? Mam nadzieję, że tak. Jak się tu czujemy? Wyśmienicie!


I tego właśnie życzę wszystkim, czy to w kwestii urządzania wnętrza, czy innych spraw w naszym życiu, aby inspiracja nie przesłoniła nam radości z tego co robimy - tworzymy. Abyśmy zawsze czuli się w tym czymś dobrze, a nie jak w zbyt ciasnym obuwiu ;)



17 - tego maja obchodziłam po raz pierwszy Światowy Dzień Pieczenia. Piec uwielbiam od dawna. Obecnie piekę rzadziej, jednak kiedyś nie wyobrażałam sobie niedzieli bez zapachu domowego ciasta. Przyszła wiosna, rozpoczął się sezon na domowe słodkości w postaci owoców wszelakich. Zaraz pojawią się truskawki, po nich czereśnie, maliny, jeżyny... pole do popisu ogromne. Zanim to jednak nastąpi na naszym stole królować będzie Pan Rabarbar. Rabarbar od zawsze kojarzył mi się ze wsią. Kompoty z rabarbaru skutecznie gasiły pragnienie w upalne, wakacyjne dni u dziadków. A ciasto z rabarbarem należy do moich ulubionych.


Już od jakiegoś czasu chodziła za mną myśl o upieczeniu rabarbarowca. Mijając nasz ogrodowy rabarbar sprawdzałam jego kolor. Ponieważ im bardziej czerwone gałązki tym słodszy rabarbar, a do ciasta najlepszy taki pół na pół ;)

Kiedy dowiedziałam się o Światowym Dniu Pieczenia, uznałam, że będzie to idealny moment na rozpoczęcie rabarbarowego sezonu. Tak więc w sobotę zerwałam świeże, rumiane gałązki i upiekłam dwa ciasta. Jedno powędrowało kurierem do Wrocławia do mojej serdecznej przyjaciółki. Drugie właśnie kończę przy porannej kawie.




Tak więc dzięki akcji Kurierzy Kasi, w której udało mi się wygrać darmowy dowóz ciasta do wybranej osoby, odległości między naszym końcem świata, a naszym dawnym miejscem życia - Wrocławiem stała się niemal niezauważalna. Fajne są takie akcje. Ta pozwoliła sprawić radość innym w chwil kilka.

Mój przepis na rabarbarowca to przepis uniwersalny, ponieważ pasuje do każdego owocu. Jest chrupki i maślany. Idealnie komponuje się z kawą, lodami czy kompotem. Powstaje raz, dwa, a znika jeszcze szybciej.

Ponieważ jest to gęste ciasto, nie wyrasta imponująco. Polecam poniższe proporcje na okrągłą tortownicę.

Składniki
Na ciasto:
200 g masła
200 g cukru pudru
4 jajka
250 g mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Na kruszonkę:
1/2 kostki masła (125 g)
1 szklanka mąki
1/2 szklanki cukru
Najpierw przygotowujemy rabarbar: 
Myjemy i usuwamy skórkę.Kroimy na około 2-3 cm kawałeczki.Tortownicę smarujemy i obkładamy papierem. Polecam najpierw wyciąć koło na spód, a później osobny pasek na obwód tortownicy. 
Przygotowujemy kruszonkę:
W rondelku roztapiamy masło i ostudzimy. Następnie dodajemy mąkę i cukier, a całość zagniatamy. Wstawiamy na chwilę do lodówki lub zamrażarki.
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.
Robimy ciasto:
Masło ucieramy z cukrem pudrem na gładką, puszystą masę. Możemy zrobić to za pomocą miksera lub pałki. Nie przerywając ucierania, dodajemy po kolei jajka. Następnie, łyżka po łyżce dodajemy mąkę przesiana z proszkiem do pieczenia. Całość miksujemy na wolnych obrotach, aż do połączenia składników.
Tak przygotowane ciasto przelewamy do tortownicy i wyrównujemy zmoczoną w wodzie łyżką (ciasto się mocno klei). Na wierzch układamy kawałki rabarbaru w odstępach około 1 cm. Posypujemy ciasto kruszonką i wkładamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni piekarnika (termoobieg) na około 60 minut.

SMACZNEGO!
A tak prezentuje się upieczone ciacho u mnie i u Magdy - obdarowanej :)


Siódma, minut trzydzieści... Pan z bułkami* niedawno pojechał, więc siedzę przy śniadaniu i kawie, zastanawiając się od czego zacząć. Wróciłam do siebie, do świata i do rzeczywistości. Ostatnie trzy miesiące stały pod znakiem 10 sierpnia. Kto sam organizował weselicho, ten wie że terminy, szczegóły, ustalenia i zwykły opór materii potrafią z najprostszej sprawy zrobić problem, którego rozwiązanie na nagrodę Nobla zasługuje.


Jestem mężatką, to bardzo, bardzo pozytywne uczucie. Powiem więcej - polecam, po Ślubie coś się zmienia - jest lepiej :)



Wróciliśmy do Jot. i cieszymy się zwykłą (niezwykłą) codziennością. Zajmują nas sprawy bardziej i mniej ważkie. Dziś na tapecie odbiór śmieci suchych...Niestety z tą ustawą śmieciową jakoś nam nie po drodze. Może założenia ma i słuszne, ale wykonanie fatalne. Oby praktyka uczyniła z naszego gminnego komunalnika mistrza w temacie. Śmieci zabierają od nas raz w miesiącu! Worki dostajemy 2 - pisemnie dwa, jeden na szkło, drugi na surowce... których produkujemy dużo więcej niż jeden marny woreczek. Co z resztą? Radź se człowieku sam ... może puść z dymem, w końcu na wsi mieszkasz... No i te terminy, trzeba zawsze sprawdzać czy aby to już nie dziś. I tak przez trzy dni, najpierw suche, później zmieszane a w trzeci dzień szkło... Kontenery? Gdzie tam, każdy we własnym zakresie musi coś kombinować. Więc na razie przechowujemy worki w stodole, a w owe sądne dni odbioru wynosimy na drogę. Nie jest to najwygodniejsze rozwiązanie, więc musimy pomyśleć nad innym.



Powoli, pomalutku wijemy gniazdo. Nasz dom coraz bardziej przypomina dom nie tylko z nazwy. Jest coraz więcej wszystkiego... A przede wszystkim mamy kuchnię! Kuchnia to temat, w którym również napotkaliśmy opór materii, jednak efekty nas całkowicie zadowalają. Meble są, wprowadziliśmy się już do nich i zagospodarowaliśmy najbardziej funkcjonalnie jak potrafiliśmy. Mamy płytę, zmywarkę i lodówkę. Piekarnik nas odwiedził, ale niestety najprawdopodobniej z winy przekłamań mojego monitora musiał wrócić do hurtowni. Czekamy na następny. Jeszcze listwy wykończeniowe, kafelkowanie, malowanie, zlew i okap i uffff będziemy finiszować ;)

Mam już całą oczekującą na realizacje listę przydasiów do domu, a to zazdrostka, a to słoiczek na waciki, jakieś puszeczki do przechowywania mąki, zasłonka, lampa do salonu itp. Lista ta ma najprawdopodobniej właściwości magiczne, gdyż im więcej z niej skreślam, tym więcej nowych pozycji się pojawia. W pakiecie do listy powinno istnieć konto bankowe o podobnych właściwościach, im więcej wybierzesz, tym więcej się na nim pojawi ;)


Na koniec coś o powrotach... u nas już ich nie ma... zbierały się na wiece, przysiadywały na pięciolinii z drutów i już ich nie ma. Mowa rzecz jasna o jaskółkach. I mimo, że nadal mamy lato, dla mnie to sygnał do podjęcia hasła "Idzie jesień". A skoro idzie to zaczęłam się do niej przygotowywać. Zamrażanie warzywek na jesienno- zimowe zupy już za mną. Mam marchewkę, pietruszkę, seler w liściu i korzeniu, natkę pietruszki, fasolkę. Poczekam jeszcze na por, żeby zwiększył swoje rozmiary. Mięta na herbatkę suszy się na strychu, czarny bez dojrzewa, więc może jakiś soczek zrobię? Jako, że wieśniaczką w praktyce jestem od bardzo niedawna, przydała by mi się jakaś mądra instrukcja, coś w stylu: "Przygotowania do zimy na wsi"... O węglu już pomyśleliśmy. Będzie co dokładać do pieca. Jeszcze drewno do kominka przygotujemy. Zaczęliśmy też przedjesienne prace w ogrodzie, lecz o tym innym razem


* Pan z bułkami - tak potocznie nazywamy dostawcę porannego pieczywa. Zjawia się co dziennie od poniedziałku do piątku chwilę przed 7 rano. Więc pomimo zamieszkiwania na wsi, na której sklepu nie ma, codziennie na śniadanie świeże bułeczki jadamy :D

Co nam najbardziej doskwiera... brak kuchni. Oczywiście pomieszczenie jest i prowizoryczna kuchnia też. Jednak daleko jej do komfortu kuchni funkcjonalnej, dodatkowo oko cieszącej. Lodówka i gazówka pamiętają jeszcze ręce mojej babci, stół i kredens zresztą też. Wspomnę tylko, że było to daawnooo temu.

Taki stan rzeczy wynika zapewne z faktu, że dla nas kuchnia jest najbardziej skomplikowanym logistycznie, estetycznie, etc. projektem. Każde z nas ma swoje wymagania względem niej. Dla mnie najważniejsza jest funkcjonalność połączona z estetyką. Kuchnia ma być jasna z ciemnym blatem. Oszklone szafki ze szprosami, z centralnie umieszczonym piekarnikiem i zlewem pod oknem. Mój luby stoi na stanowisku, że wszystko ma być porządne i na lata. Zwraca więc baczną uwagę na prowadnice, zawiasy, wykończenie frontów, etc. Moja mama napomina:  duży blat, z dużą powierzchnią roboczą. Najlepiej też dla nas wszystkich było by gdyby majątku owo spełnienie kuchennych marzeń nie kosztowało.

W efekcie długo trwających dyskusji i zabiegów powstał projekt. Powstał on w naszych głowach, po czym przeniósł się do programu graficznego i tak naszym oczom ukazała się ona...




kuchnia naszych marzeń... Wiemy teraz już dokładnie jak wygląda i bardzo, bardzo nam się podoba. Ostatnim etapem jest znalezienie wykonawcy. Propozycję mamy na razie jedną - 15 tyś. bez osprzętu... troszkę to drogo. Mam nadzieję, że uda się znaleźć coś tańszego.

Tymczasem wracam do mojej prowizorki obiad robić. Pa.