Follow my blog with Bloglovin
Odkąd sięgam pamięcią z niecierpliwością czekałam na Grudzień. Grudzień, który w moich wspomnieniach był mroźny i śnieżny. Grudzień, pachnący proszkiem do prania firanek, fornitem do polerowania mebli, pomarańczami i bigosem. Grudzień skrzył się od śniegu i brokatu na bombkach. Od grubych srebrnych łańcuchów i anielskich włosów. I pomimo tego, że dekoracje świąteczne pojawiały się w domu dopiero przeddzień Wigilii, a choinkę tradycyjnie ubieraliśmy 24 grudnia, cały ten miesiąc był świąteczny.


W szkole przygotowywaliśmy dekoracje choinkowe, lepiliśmy łańcuchy, a z wydmuszek i kartonu robiliśmy mikołaje. Na przerwach odbywały się bitwy na śnieżki i niejednokrotnie wracało się do domu z przemoczonymi rękawiczkami. Wigilia i Święta były tak naprawdę zwieńczeniem tego okresu, okresu czekania i przygotowywania, taką zdmuchniętą świeczką na torcie. Były poświęcone Bogu i nowo narodzonemu Jezusowi. Myślę, że tak właśnie wygląda Adwent, że nie jest on tylko aspektem religijnym - wyciszenia, przemyśleń, oczekiwania. Nie musi być smutny czy cichy. Myślę, że te wszystkie wydarzenia, czynności, czasem prozaiczne, są niezbędne. Dzięki nim też się przygotowujemy, myślimy, oczekujemy.

Już jako dorosła kobieta nadal pielęgnowałam "magię świat". Od szóstego grudnia dom ubrany był świątecznie, pachniało piernikami i pomarańczami. W tle słychać było Franka Sinatrę i "Last Christmas". Jednak muszę Wam się przyznać, że coraz trudniej wchodzić mi w ten klimat. Myślę, że głównie ma to związek z aurą. U nas za oknem mamy wiosnę. Świeci słońce, a termometr wskazuje +8. Trawa się zieleni, a bez puszcza nowe listki. Nie ma mowy o płatkach śniegu. Nie ma mowy o różowych od mrozu policzkach, bitwie na śnieżki. Nawet kominka nie ma po co rozpalać, kiedy za oknem tak świeci słońce. I pomimo tego, że w domu pięknie świątecznie i przytulnie, pomimo przygotowanych prezentów, upieczonych pierników i planu zakupu choinki w najbliższą niedzielę, Ja magii świat nie czuję.



Na przekór komunikatom z każdej strony świata, pięknym zdjęciom, doniesieniom blogowym, instagramowym i telewizyjnym. Może ma na to wpływ fakt, że kiedyś wszyscy moi bliscy byli blisko, na wyciągnięcie ręki? Przyjaciele, kilka przystanków autobusowych dalej. Zawsze można było się spotkać, pobyć razem, pocelebrować nadchodzące Święta. W Święta też zawsze byliśmy razem, w większym lub mniejszym gronie, ale razem. I jeszcze coś ważnego. Ludzie byli weseli. Wśród wszystkich swoich obowiązków uśmiechali się, a pod nosem śpiewali " pada śnieg, pada śnieg"... Dziś mam wrażenie, że każdy ma dosyć i najchętniej nie obchodził by żadnych świąt, tylko przeleżał na kanapie z pilotem w ręce. Życie chyba mocno daje nam się we znaki. Pomimo pięknych zdobyczy kapitalizmu, jesteśmy dużo smutniejsi i bardziej szarzy niż za komuny.

Muszę się przyznać, że w obliczu powyższego mam ogromna pokusę się poddać i pójść na łatwiznę. Zgasić w sobie ten żar dziecięcej ekscytacji na myśl o Bożym Narodzeniu. Wtopić się w szary tłum, z nieobecnym wyrazem twarzy. Usiąść na kanapie i pozwolić dniom i chwilom płynąć obok mnie. Tak za pewne było by łatwiej. Jednak wspomnienia z dzieciństwa przypominają mi, że mam obowiązek i powinność. Obowiązek i powinność wobec mojej Córki. Mam obowiązek pozostawić w niej takie piękne wspomnienia tego okresu, jakie Ja noszę do dziś w sobie. Chcę aby miała w sobie ten dar, który ogrzewa serce i pozwala przywdziać skrzydła i latać ponad dachami często szarej i smutnej rzeczywistości. Dlatego nie dam się porwać nurtowi i po raz kolejny wykrzesam z siebie energię żeby płynąć pod prąd. Dla niej...


Odkąd zamieszkaliśmy na wsi, nasze życie stało się nierozerwalnie związane ze zmianą pór roku. To własnie kalendarz astronomiczny wyznacza nam rytm roku. Mieszkając w mieście nie słuchałam tego naturalnego biologicznego zegara. Stłumiony klimatyzacją, dziwnym wielkomiejskim klimatem, oraz codzienną gonitwą, dawał o sobie znać kiedy robiło się za zimno lub za gorąco na dotychczasową garderobę.


Dziś przyroda wyznacza nam okresy wzmożonej pracy i okresy odpoczynku. Do najbardziej zabieganych z nich mogę zaliczyć przedwiośnie - czas od połowy lutego, do połowy maja ( w zależności od temperatur), oraz przedzimie, które u mnie trwa od połowy września do końca października. Są to dwa momenty w roku, kiedy zmieniamy nasze otoczenie o 180 stopni. Dziś chciałam Wam opisać nasze przedzimie. Rozpoczyna się ono mniej więcej wraz z pierwszym symptomem Syndromu NORY. Zaczynamy przygotowywać nasz dom, otoczenie i nas samych na nadejście zimnych, słotnych dni. 


DOM

Tutaj przygotowania zaczynam najwcześniej. W tym roku postanowiłam nieco je poszerzyć, o tradycyjne, coroczne sprzątanie świąteczne. Umówiłam się sama ze sobą, że nie będę tracić ani chwili ze świątecznego klimatu (który u nas w domu gości już od 6 grudnia) i zamiast latać z mopem i szmatką, będę piekła pierniki i wygrzewała się przed kominkiem czytając córce świąteczne opowieści. Ponadto dochodzi jeszcze mocno praktyczny aspekt tego całego sprzątania. Im bliżej świąt tym mniejsza szansa na sprzyjającą sprzątaniu aurę. I dlatego porządki zimowo - świąteczne mam już za sobą. Rozpoczęłam je w połowie września, kiedy pogoda i temperatury były iście letnie. Spokojnie pomyłam okna, poprałam firanki, zasłonki, kołdry, poduchy. Wszystko wyschło na zewnątrz owiane wiatrem i muskane słońcem. Wyniosłam wszystkie niepotrzebne graty i przedmioty zostawione na nigdy nienadchodzące zaś. W szafkach i szufladach zrobiło się przestronnie, a na strychu zapanował ład i porządek. 



Końcówka września to również czas wekowania. W tym roku zaszalałam. Zrobiłam dżem wiśniowy, sok malinowy, przecier pomidorowy, powidła śliwkowe i mus jabłkowy. A nawet zakisiłam ogórki, spakowałam tarte buraczki do słoików, a warzywa z ogródka pokroiłam w kostkę i zamknęłam w zamrażarce. Kiedy więc zapasy na zimę zagościły w kotłowni, uzupełniłam braki wszelakich niezbędników domowych ( proszki, płyny, środki czystości, szczotki, etc - czy Wam też wszystko wychodzi i zużywa się jak na komendę?). W międzyczasie zmieniłam domową aranżację, wyjęłam jesienne, wrzosowe koce i poduchy, oraz zaopatrzyłam się w kilka nowych perełek, bez których teraz nie wyobrażam sobie naszych jesiennych wieczorów.






Jak już wspominałam Wam w poprzednim poście, syndrom nory wyzwala we mnie instynkt otaczania się ciepłymi, mięsistymi przytulnymi tkaninami. Uwielbiam w tym okresie wszelkie wełny, włóczki, sznurki. Na przeciw moim jesiennym potrzebom wyszły Dziewczyny z domowebrudy i wydziergały własnoręcznie piękne poszewki na poduszki. Dwie z nich idealnie pasujące kolorystycznie do pokoju córki, zagościły w jej łóżku. Dwie szare, czekają na zimową aranżację sypialni, którą pokażę Wam niebawem. Marzy mi się jeszcze pled do kompletu, szary, mięsisty i cieplutki :) Ze sznurka bawełnianego natomiast mamy pufę. Już dawno myślałam nad czymś do siedzenia, kokonowania, dla Mai. W końcu zdecydowałam się na taką pufę, od Elizy z Zakątek Elizy i chyba muszę zamówić dwie dodatkowe, bo trwają o nią regularne walki. Fantastyczne w niej jest to, że sama dostosowuje się do naszych 4 liter i pozwala znaleźć najwygodniejszą pozycje :)

OGRÓD

Prace w ogrodzie w dużej mierze zależne są od stanu wegetacji naszych roślin, oraz aury. Pracy jest tu co nie miara. Pomimo, że nasz ogród i warzywnik nie jest jakiś imponujących rozmiarów, spokojnie pracy starcza na kilka tygodni. Ja zaczynam od warzyw i warzywniaków. Warzywa wykopuję, zagospodarowuję, czyli albo mrożę, albo wekuję lub suszę. Warzywniaki przekopuję, wyrównuję i zostawiam na zimę. Poletka truskawek, pielę i zostawiam, tak aby opadające liście mogły stworzyć im ciepłą pierzynkę na nadchodzące mrozy, a wiosną łatwo było je wydmuchać spomiędzy krzaczków nie uszkadzając sadzonek. Z tegorocznymi pracami w ogrodzie zdążyłam akurat przed trwającymi u nas od dwóch tygodni deszczami. To też dobry czas na pierwsze ciecia, zwłaszcza roślin ozdobnych i mniejszych krzewów. Na ciecia drzew i drzewek czekamy do końca ich wegetacji i przejścia w spoczynek. O tej porze roku, w ogrodzie jest już pusto. Rośliny przycięte, czekają do wiosny, część z nich zabezpieczymy później na wypadek ostrych mrozów. Również ostatnie tegoroczne koszenie trawy za nami. Ostatnie prace jesienne to grabienie liści. Ale to jeszcze potrwaaaa, bo drzewa u nas wciąż zielone. 


Te jesienno - zimowe przygotowania sprawiają mi wiele radości i zwyczajnej satysfakcji. Kiedy za oknem kolejny tydzień siąpi deszcz, a zimno tak, że nosa za drzwi nie chce się wyściubić, stoję sobie z kubkiem kawy w rękach i patrzę przez okno na moknący ogród. Mam poczucie, dobrze wykonanej pracy i tego, że wszystko jest na swoim miejscu. Dlatego zupełnie nie rozumiem osób ciągle zadającym m i pytanie czy mi się na tej wsi nie nudzi. Nie rozumiem jak można się nudzić samemu ze sobą? Co dopiero mając duży dom i ogród wymagający stale pracy, do tego dwulatka i gromadkę kotów ;) Jest tyle rzeczy do zrobienia, do ogarnięcia, do przygotowania, do sprawdzenia, do dowiedzenie się, etc. że pomimo tego iż wstaję około 7-8 rano i kładę spać po 22, wciąż brak mi czasu :)

P.S Przepraszam Was za jakość zdjęć. Niestety mój komputer, na którym mam wszystkie "narzędzia pracy", włącznie z logo i programem do obróbki zdjęć, odmówił współpracy. Myślałam, że to błahy błąd karty graficznej, jednak to coś bardziej skomplikowanego. Dlatego dziś nienajlepsza szata graficzna i zupełnie nieobrobione zdjęcia, wykonane smartphonem :/
Idzie jesień. Pierwszy raz w tym roku poczułam chłód nocy. Wyrwał mnie on z objęć Morfeusza i zmusił do opuszczenia ciepłej pościeli. Poszłam pozamykać okna. Schowałam wystającą nóżkę córeczki pod kołdrę i podreptałam z powrotem do sypialni, do łóżka.




Idzie jesień. Wieczory i ranki zimne, okna w salonie zaparowały z powodu różnic temperatur. Cienie długie, jesienne, wieczorne mgły, żółte liście lipowe i zapach jesieni. To wszystko uruchomiło we mnie, jak co roku, SYNDROM NORY. Nora kojarzy mi się bardzo, bardzo miło. Po pierwsze jako schronienie. Ciepłe, przytulne miejsce, pełno zapasów na zimę, ciepłych piórek i słomy. Po drugie, tak nazywa się dom Państwa Wesley'ów, sympatrycznej rodzinki z mojego ukochanego Harrego Pottera. Ich Nora, również emanuje ciepłem, domową miłością i ma pełną spiżarnię ;)


Kiedy poczuję pierwsze oznaki jesieni w powietrzu, zaczynam niczym polna myszka wyposażać NORĘ na zimę. Pojawiają się pierwsze przetwory. Sok malinowy do herbaty i na odporność, dżem wiśniowy, do kolacji i śniadań z kakao. Przeciery pomidorowe, musy jabłkowe i inne niezbędne do przetrwania chłodów specyfiki. Dają mi one poczucie bezpieczeństwa, tworzą klimat i ciepło domowego ogniska. Już nie wspomnę o ich działaniach antydepresyjnych, kiedy w szary jesienny poranek odkręcam słoik pachnący wiśniami :D





Uzupełniam zapasy kaka, gorącej czekolady, ale i węgla oraz drewna na zimę. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę usiedzieć spokojnie kiedy wieczorny chłód daje po nosie, a w stodole nie mamy kupy węgla... Tak więc odhaczam poszczególne punkty na liście, aby zabezpieczyć nasz dom i zapewnić nam spokojne "norowanie".


I tak, wiem że do kalendarzowej jesieni jeszcze miesiąc prawie. I tak wiem, że zima jeszcze daleko, jednak tak już mam, że wolę przygotować się do nich wcześniej. Tak, aby później spokojnie móc korzystać z ich uroków :) Z tego też powodu, szukam ciepłych skarpet, wełnianego swetra i mięsistych tkanin. Najpierw ubieram Maję, w jej szafie już wisi kurtka zimowa i jesienna, zestaw czapek i szalików na mniejsze i większe chłody. Sweterki, ciepłe rajstopy, piżamy i szlafroczek. Czemu tak wcześnie zapytacie. Niestety, tak już dziwnie jest w handlu, że sezon zimowy zaczyna się pod koniec sierpnia. Za chwilę wszyscy udadzą się na zakupy i albo nie będzie już w czym wybierać, albo rozmiarów nie będzie. Dodatkowo lubię robić jej zakupy z kanapy. To taki luksus. Wiem jaki ma rozmiar i wiem, że co w nim nie kupię, będzie na nią dobre :) Jedynie buciki kupujemy z córą. Długa i wąska stopa to nie lada wyzwanie w doborze obuwia. Za chwilę przyjdzie czas na moją garderobę. Tu już sprawa o wiele trudniejsza i niestety czeka mnie wizyta w centrum handlowym :/




Kiedy syndrom Nory zostanie we mnie "ugłaskany", przestaję przebierać z nóżki na nóżkę i zwyczajnie cieszę się jesienią. Tą piękną, złotą, polską, ale i ta szarą i dżdżystą. Bo kiedy w kominku buzuje ogień, a my pijemy herbatkę z malinami i zajadamy ciasto ze śliwkami, nic nie jest w stanie popsuć nam humorów :)



A Wy? Dopadł Was już syndrom Nory?

Buziaki :* Iza
Witajcie, wpadam na chwilkę, aby podzielić się z Wami małym przedsięwzięciem i zachęcić do aktywnego udziału w nim. Otóż, pod ostatnim postem kilka z nas określiło się mianem Bab ze wsi. Pomyślałam sobie, że fajnie gdyby te Baby ze wsi połączyły siły i stworzyły babską, wirtualną społeczność. Miejsce, które każda mogła by współtworzyć, w którym dzieliła by się swoimi przemyśleniami, pomysłami, przepisami, pokazywała kawałek swojej wiejskiej przestrzeni. Nie dane nam jest poplotkować przy kawie, czy też darciu pierza, ale zawsze możemy to zrobić za pośrednictwem internetów ;)

Cóż mam nadzieję, że to wirtualne miejsce ożyje i stanie się nasz werandą, na której kawkom i ploteczkom nie będzie końca.

Zapraszam!

BABA ZE WSI dostępna na Facebooku pod adresem www.facebook.com/babazewsi




Powtórzę się po raz kolejny. Odkąd mieszkam na wsi, każda pora roku jest moją ulubioną. Jednak największe ocieplenie relacji nastąpiło między mną i Panią Zimą. Kiedyś nie znosiłam zimy. Zima w mieście to pośniegowe błoto, przemoknięte obuwie, zniszczone zaciekami powstałymi od soli. To bój o stąpanie stopą po suchych kawałkach chodnika, uciekanie przed obryzganiem błotem przez koła samochodów. Lub zgoła inaczej, walka o utrzymanie równowagi na oblodzonych powierzchniach, poślizgi niekontrolowane, szczególnie przy dojściach do przejść i pasów. Zdecydowanie NIE LUBIĘ!

Jednak zima na wsi jest zupełnie inna. Zwłaszcza kiedy tak jak w tym roku, raczy nas trzytygodniowym śniegiem z mrozem i często przepastnie turkusowym niebem. Tu zima jest nieskazitelnie biała. Skrząca, jasna i czysta. Nie mamy pośniegowej brei, śnieg nie jest skażony piaskiem czy żużlem. Jak okiem sięgnąć białe pustynie, poprzecinane ścieżkami dzikich zwierząt.








Piękną mamy zimę w tym roku. Śnieg, mróz i słoneczko. Staramy się korzystać z każdego śnieżnego dnia, bo jak pokazuje historia, nie każdej zimy możemy się nim cieszyć. Co robimy zimą?  Przede wszystkim to co i każdą inną porą roku - OBSERWUJEMY. Nasze obserwacje zaczynamy o świcie. Pierwsza biegnie do okna Maja, popatrzeć czy słonko już wstało i przywitać się z nim. Jeżeli za oknem pada śnieg, słyszymy radosne piszczenie i okrzyki. Zaraz później trzeba postawić ją na parapecie, aby mogła zobaczyć czy Pipi robią amam. To kolejna z frajdy zimowych, dokarmianie ptaków, sprawdzanie czy przyleciały do karmnika, czy nie trzeba uzupełnić jedzonka i zwyczajne w świecie podziwianie stołówkowych gości. Jednocześnie z wysokości okna w sypialni widzimy kto odwiedzał nasze podwórko nocą i czy kot Paszczak, lokalny włóczykij już siedzi na progu w oczekiwaniu na poranne smakołyki.

Ślady na śniegu są fascynujące nie tylko dla małego dziecka, ale i dla mnie dorosłej ;) Lubimy bawić się w traperów i odgadywać czyje tropy uwiecznił śnieg. Na podwórku znajdujemy głównie kocie i ptasie, jednak idąc na spacer mamy pełna paletę różnorodnych śladów. Zgadujemy zatem czy szedł tędy zając, sarna, pies, a może bażant. Dużo, dużo spacerujemy, jeździmy na sankach, robimy aniołki na śniegu, lepimy bałwana.



Obok zachwytu zimową przyrodą, zachwyca mnie dom. Takie zwyczajne jego ciepło, kiedy z czerwonymi od mrozu policzkami otwieramy drzwi. Zapach drewna palonego w kominku. Poczucie bezpieczeństwa gdy za oknem zawieje i zamiecie śnieżne, lub siarczysty mróz. Nawet zimowe prace są dla mnie przyjemne, a odśnieżanie podjazdu przyjemnie rozgrzewa ;) Szczęśliwie pługi docierają do nas regularnie i drogę mamy czarną, więc problemów z dojazdami też nie mamy. 

Kiedyś tuż po Świętach z niecierpliwością czekałam na wiosnę, denerwując się każdym powrotem zimy. Dziś wiem, że każda pora roku jest ważna i potrzebna, a mroźna i śnieżna zima decyduje o plonach i zbiorach latem. Dzięki niej wody gruntowe się uzupełniają i nie grozi nam susza. Że odpowiednio niskie temperatury zabijają robaki i choroby, które później atakować mogą nasz sad czy warzywnik. Zima to także odpoczynek pól, lasów, drzew, ziemi, ogólnie całej przyrody, bo i nas "rolników", ogrodników, sadowników, czyli wszystkich tych którzy z niej czerpiemy. To czas na planowanie, koncepcyjne myślenie, rozpisywanie. Oczywiście również na regenerację sił :)





Na razie zima odpuściła i mamy piękne przedwiośnie. Nie jestem tym faktem szczególnie zachwycona, bo na cięcie czekają nasze drzewa owocowe, a przy takich temperaturach wegetacja ruszy lada dzień i będzie po jabłkach ;) Zobaczymy co przyniosą kolejne dni, tymczasem czeka mnie planowanie prac ogrodowych na najbliższe tygodnie. Powoli trzeba zacząć myśleć o wiośnie i inauguracji sezonu ogrodowego.

- Pozdrawiam, Iza -

Zalewa nas fala bylejakości. Wielka jak tsunami wlewa się w nasze życie. Ostatnio spotykam się z nią na każdym kroku. Najmniej szkodliwa jest taka zwykła codzienna, estetyczna. Jej bratem jest kicz. Jednak to bylejakość jest bardziej groźna, gdyż dużo mniej rzucająca się w oczy.

Kawałek świątecznego urlopu spędziliśmy w moim rodzinnym mieście. Chciałam zabrać córkę na wieczorny spacer ulicami miasta. Pamiętałam ten magiczny urok oświetlonych lampkami latarni, udekorowanych choinek wzdłuż deptaka, pięknych konstrukcji zdobiących fontanny. Niestety albo pamięć mnie już zawodzi, albo bylejakość zasiadła tam na tronie i dzierży władzę. Smutek, rozczarowanie, niesmak. Każda "dekoracja" sfatygowana, połowa lampek popalonych, świąteczne fontanny nie działające. Rozczarowani tandetą miasta postanowiliśmy udać się do Bazyliki, sławnej w całym kraju, monumentalnej, barokowej i co roku świątecznie przyozdobionej. Na placu przed Kościołem uderzył nas widok wielkiej choinki chylącej się ku ziemi i zamiatającej czubkiem bruk. Zdecydowanie za mały łańcuch światełek powiewał na wietrze gdzieś z boku. Wchodząc do Świątyni bylejakość zaśmiała nam się w twarz. Straszny i smutny widok. Świerki bożonarodzeniowe zamiast upiększyć kościół zdecydowanie go szpeciły. Wątłe chabazie, wyglądające jakby stały tam od ostatnich świat, krótkie łańcuchy światełek migały gdzieś na najwyższych gałązkach. Monumentalne choinki na ołtarzu głównym ubrane w kilka różnych światełek bez ładu i składu rzuconych na drzewka. Ani jednaj bombki, ani jednego stroika. BYLEJAKOŚĆ nas pokonała. Wyszliśmy z niesmakiem.


Najgorszą forma bylejakości jest dla mnie bylejakość życia. Bylejakość poglądów, lub ich zupełny brak, bylejakości domów, rodzin, ludzi i ich osobowości. Jak człowiek może być szczęśliwy kiedy jego życie jest NIJAKIE? Kiedy brak mu kolorytu, nie ważne jakiego. Bo nie jest ważne jakim farbami pomalujemy nasz świat. Ważne żeby go pomalować. A tak wiele osób stwierdza, że szkoda na to czasu. Żyją w swoich życiach z dnia na dzień, powielając te same czynności niemal już automatycznie. Bliżej im do maszyn niż ludzi. Wartości rodzinne gdzieś zanikły. Małżeństwo stało się formą biznesowego układu, w którym każdy daje coś od siebie z aptekarską wręcz precyzją, aby nie dać więcej niż ustalono w niepisanej umowie przedślubnej. Dzieci są zazwyczaj z przypadku, lub jedno jako planowane, bo tak wypada. Bo czas jest zbyt drogi, aby go oddać dzieciom za darmo. Bo figura się zmienia i luka w karierze zawodowej robi.
Nie czeka się z utęsknieniem na "nadchodzące", na jutro, na ważny dzień, na weekend, na święta czy urlop. Bo nie ma się pomysłu na nie, Jak je spędzić? Jak zrobić coś fajnego, jak sprawić aby były to wyjątkowe dni. Brak codziennej rutyny męczy. Człowiek nagle nie wie co począć i miota się bez celu. Czy i Wy słyszeliście, że Święta męczą? Ja wiem, że męczą. Męczą Panie domu, matki, żony, babcie. Te które od tygodni latają z mopem, odkurzaczem i myją okna, a później stoją do późna przy bigosie. Ale reszta ludzi? Co ich męczy?


Do wszystkiego można w życiu podejść jak do czegoś czego się nie opłaca. Po co kupować żywą choinkę? Po co piec pierniki na nią? Po co wyciągać świąteczne dekoracje? Po co budować kominek i przesiadywać przy nim w zimowe wieczory. Wszystko to wymaga pracy, wysiłku, zabiera czas. Po co są Święta, po co urlopy. Przecież traci się cenne godziny, w których można by wypracować dodatkowy zysk. A tak bezproduktywnie leży się na kanapie i przełącza bezmyślnie kolejne kanały w tv. Po co bawić się z dzieckiem, poświęcać mu czas, przecież ma zabawki. Po co tworzyć ciepło domowego ogniska, domowe rytuały i tradycje. Po co budować więzi i wspólnie spędzać czas.

I jasne, nie każdy tak musi, nie każdy tworzy rodzinę. Ale ten kto nie tworzy, ma inne pasje w życiu, sport, podróże... Ważne aby mieć coś co nas uszczęśliwi, co jest naszą pasja, czemu możemy oddać się bez reszty. A Ja obserwuję coraz częściej, że jedyne czemu chcemy poświęcić życie to my sami. Taki egoizm pod płaszczykiem "wolnych wyborów", taka bylejakość, nijakość, takie puste życie bez jakichkolwiek celów i fundamentów.


Kuzynką bylejakości jest chwilowość, a jej bratem pospiech. Cechuje on tych, którzy wiecznie z utęsknieniem na coś czekają, a jak już nastąpi nie potrafią się tym cieszyć i już wybiegają myślami do następnych "momentów". W listopadzie ubierają choinkę, a dzień po świętach ją rozbierają i stawiają tulipany oraz wiosenne dekoracje, A gdzie jest TU i TERAZ i życie dniem dzisiejszym? Gdzie napawanie się tym oczekiwanym czasem, ładowanie baterii i po prostu bycie. Najpierw narzekania, że nie ma śniegu i co to za zima bez niego, a gdy tylko zacznie padać frustracja z tego powodu, no bo jak tu do pracy dojechać.

Czy wiecie, że ludzi mających pomysł na siebie, swoje życie i konsekwentnie malujących swój świat wybranymi barwami można poznać na kilometr? To ludzie, w których domu chce się przebywać, a w morzu miejskiego zgiełku myśli o nim jak o bezpiecznej przystani. To ludzie, na spotkanie z którymi idzie się z radością i trudno się rozstać, bo tematów do rozmów nie sposób wyczerpać. To ludzie, do których dzwoni się poszukując porady, inspiracji lub po prostu wysłuchania. Ja znam takich ludzi. Niestety niewielu.

Kochani w Nowym Roku życzę i Sobie i Wam, aby :
nasze życia dalekie były od BYLEJAKOŚCI
pełne były wyjątkowej JAKOŚCI i kolorów które sami im nadamy
nie było w nich miejsca na nijakość
i by nie towarzyszył im pośpiech