Follow my blog with Bloglovin


Witajcie Kochani! Mam nadzieję, że nadal świętujecie i pamiętacie o tym, że mamy oktawę Bożego Narodzenia, czyli całe osiem świątecznych dni. Niestety nie zdążyłam z tym postem przed Wigilią. Nasza rodzinka wróciła z Drezna z jakimś wirusem. Katar, kaszel i ogólne złe samopoczucie towarzyszyły nam przez prawie tydzień. Jednak nie żałujemy wyjazdu, nastroił nas bardzooo świątecznie! Uwielbiam bożonarodzeniowe jarmarki, ich klimat, zapachy i smaki. Szczególnie pierwszy dzień pobytu w tym wyjątkowym w owych dniach miejscu przypadł mi do gustu, ciemności nocy, światła choinek i jarmarkowych domków, grzane winko, prażone kasztany, ach :) Z tego miejsca podziękowania dla naszych przyjaciół, którzy byli naszymi pierwszorzędnymi przewodnikami :)







Tegoroczne Święta spędziliśmy w rozjazdach. Wigilię i pierwszy dzień Świąt w Wielkopolsce, drugi dzień Świąt na Dolnym Śląsku. Taki "rozjechany" czas sprzyja relacją międzyludzkim, jednak nie daje wiele okazji do odpoczynku i zachłyśnięcia się atmosferą choinki pierników, oraz posłuchania około świątecznych utworów. Dlatego już tydzień przed Wigilią przygotowaliśmy sobie świąteczny, domowy nastrój, którym cieszyć możemy się przez nadchodz dni.

Tradycyjnie wysprzątałam dom, zajrzałam w każdy kąt, wyniosłam do śmieci wiele, wiele niepotrzebnych i zalegających "na zaś" przedmiotów. Lubię te świąteczne porządki i mimo, że każdą nową porę roku witam takimi ( o czym pisałam już tutaj), te są wyjątkowe bo dają pole do popisu w bożonarodzeniowych dekoracjach. W swoich poczynaniach miałam cudownego, małego pomocnika. Pierwsze w pełni świadome Boże Narodzenie naszej Córki, dostarczyło nam wyjątkowych wrażeń. Bo oto żadna z czynności nie była zwykła, towarzyszyły jej radosne wołania Mai "Mamo, mamo, mamo" czyli no Mamo co ty robisz jakie to fajne. Wspólnie sprzątałyśmy, ubierałyśmy choinkę, a ochom i achom, oraz wybuchom spontanicznego tańca nie było końca. Przypomniały mi się moje Święta kiedy byłam bardzo mała, te wszystkie niemal magiczne rzeczy, czar oczekiwania na tatę z choinką, wyjmowanie świątecznych ozdób z kartonów, zapach piernika unoszący się w całym domu.




Kiedy już przygotowaliśmy naszą życiową przestrzeń na ten wyjątkowy czas, rozpoczęliśmy wspólne, rodzinne świętowanie. Co ranek schodząc na dół, kiedy tylko oczom córki ukazywały się światełka na schodach, a później na choince ogarniał nas błogi nastrój, och, ach, bieg pod choinkę, przesiadywanie na podłodze i przeglądanie się w bombkach. Później tradycyjna czekoladka z kalendarza adwentowego i czytanie opowieści z naszej świątecznej książki. Dzięki naszej córce, Święta zyskały nowy wymiar, głębszy sens i jeszcze wspanialszy nastrój. 


My świętować będziemy razem do 4 stycznia. Tak nam dobrze :)  Wam również życzę na te nadchodzące dni ciepłej, rodzinnej atmosfery z nowonarodzonym Jezusem w sercu. A na nadchodzący Nowy Rok, wiary, nadziei i miłości. Dosiego Roku!






Odkąd zamieszkałam na wsi, lubię mówić o sobie "Countryliferka" i bynajmniej nie oznacza to fankę muzyki Country ;) Dlaczego Country Life i Countrylifestyle, zamiast po prostu życie na wsi, mieszkanie na wsi. Dlaczego nie wieśniaczka czy wieśniareczka...



Po pierwsze język angielski, moim subiektywnym zdaniem, lepiej oddaje pewne niuanse i barwy nadające inne znaczenia niby tym samym słowom. I dlatego jest house i home, czyli jakby dwie strony tego samego. Jedna materialna i namacalna,druga duchowa i nieuchwytna. W naszym kochanym, ojczystym języku jest tylko dom... tak samo opisujący mury, dach i okna jak i miejsce powrotów, oazę spokoju, strefę naszego intymnego i rodzinnego funkcjonowania. Nie ma w tym słowie niuansów, nie ma tonów i zabarwień. Nie znalazłam również słowa które opisało by dokładnie właśnie ów angielski HOME...

Tak samo jest z village i country... to pierwsze to mury, to drugie to dusza. Wieś - to nic innego jak forma podziału terytorialnego państwa, równie sucha i mało wymowna jak dom... Dlatego country life, counrtylifestyle i Countryliferka...

Bo samo mieszkanie na wsi nie czyni Countryliferką  i nie oznacza cauntrylifestylu. Znam wiele osób mieszkających na wsi, którzy żyją po "miejsku", lub mieszczańsku jak kto woli. Mają nowe, piękne domy, wysokie murowane płoty, kostkę lub bruk zamiast trawy. Nie uprawiają warzyw bo po takowe jeżdżą na ryneczek lidla, nie pielą ogrodu bo mają tuje, nie robią przetworów na zimę, nie kopcują ziemniaków i nie robię wielu rzeczy które dla mnie nierozerwalnie związane są ze stylem wiejskim.

CountryLifeStyle to dla mnie, sposób życia, patrzenia na świat.

Poranne przeciąganie się w łóżku z radością z piania kogutów u sąsiada.
To "obchód" po włościach wczesnym rankiem, często na boso brodząc w rosie, sprawdzając co w obejściu słychać.
Kubek kawy na progu przed domem ( tarasu jeszcze nie mamy).
Wynoszenie pościeli do wietrzenia na sznurki, pranie schnące cały rok na dworze, świeże kwiaty w wazonach, sezonowe dekoracje z darów natury.
To wycieczki piesze bliższe lub dalsze, podziwianie przyrody, ładowanie akumulatorów widokami, zapachami, dźwiękami.
Zapach powietrza po burzy, lub zapach opadłych jesiennych liści i snujących się dymów z ognisk. Pola, łąki, lasy, trawa, kwiaty... ptaki, pszczoły, motyle...drżenie powietrza w upalne dni i chłód cienia pod dębami.
Zapach domu, wygoda miękkiej kanapy, przytulność białej poduszki z koronką, smak i zapach drożdżowego ciasta z czereśniami.
Wyjadanie truskawek z ogródka, zbiory wczesnoporanne w warzywniku.
Smak mleka prosto od krowy i kanapek z twarożkiem i własnym szczypiorkiem.
Ciepło kominka w letnie pluchy, dźwięk deszczu uderzającego w parapety, zapach świata po burzy.
Zapach krów sąsiada kiedy ma się na deszcz i pyłku po żniwach wirującego w powietrzu.
Brzęczenie pszczół w lipach i bąków uwięzionych w kielichach malw.
To niebo przeróżne w kolorze, kształcie i fakturze.
To ukojenie umysłu i serca po powrocie z gwarnej stolicy, wytchnienie dla ciała na hamaku wieczorem.
Smaki i zapachy warzyw i owoców własnej produkcji.

Mogła bym tak wymieniać w nieskończoność. Nie zapominając oczywiście o tych może nieco mniej przyjemnych aspektach jak grabienie liści, koszenie trawy, pielenie, pielęgnacja warzyw, owoców i roślin czyli the never ending story... a więc ciężka praca u podstaw.

Wieś jest piękna, jest różnorodna, każdy znajdzie coś dla siebie. Trzeba określić własny styl życia czy to w mieście czy na wsi, nie przejmując się opiniami innych i komentarzami na ten temat. Możesz mieszkać na wsi i prowadzić miejski styl życia, możesz być rolnikiem czy hodowcą, możesz prowadzić agroturystykę, produkcję sera czy czegokolwiek jeszcze. Możesz porwać się na powrót"do korzeni" i założyć skansen. Twój dom może być ludowy, kryty strzechą, dachówką lub blachą. Możesz też czerpać ze wsi to co dla Ciebie najcenniejsze i wokół tego tworzyć swoje życie i jego styl

To mój styl CountryLifeStyle, to mój sposób na życie, moja idea, tak ja to widzę, tak mi w duszy gra i z tym jestem szczęśliwa. Tutaj dzielę się nim z Tobą, zapraszam do mojego życia, na moją wieś i pokazuję co z niej dla mnie najważniejsze. Tutaj zobaczysz mój dom i to jak Ja subiektywnie czuję wystrój domu wiejskiego. Zobaczysz jak wygląda fragment mojego "życia na wsi". Wiem, że jest wiele osób żyjących na wsi podobnie jak i wiele żyjących zupełnie inaczej.

Dlatego wszelkie uwagi typu mieszczuch przeflancowany na wieś, co to w różowych gumiakach i pomalowanych paznokciach w grządkach pracuje, mnie nie interesują. Nie szufladkuję, nie oceniam, pozostawiam każdemu wolny wybór i szanuję decyzje. Jedyne co mnie czasami denerwuje to TUPET i brak skromności, w PYCHĘ przechodzący. Wyważanie już otwartych drzwi, odkrywanie dawno odkrytego, patentowanie cudzych patentów.

To tyle :) Pozdrawiam wasza Countryliferka!

Drodzy! W niedosycie intelektualno - emocjonalnego kontaktu z podobnymi "Wariatami", co to rzucają miasto dla wsi, a szpilki dla kaloszy, postanowiłam przeszukać sieć w ich poszukiwaniu. Niestety wujek Google okazał się w tym temacie ignorantem i nie wiele mi pomógł. Stąd mój dzisiejszy apel. Mieszkasz na wsi i kochasz ten stan? Widzisz magię w suszeniu prania na sznurkach, wietrzeniu pościeli i pracy w ogrodzie? Wolisz kompot rabarbarowy od bąbelkowych specyfików? Szwendasz się wiejskimi bezdrożami, a może pozwalasz dziecku grzebać w ziemi i bawić się polnymi kamykami?

Jeżeli tak - poszukuję właśnie Ciebie - ujawnij się! Zostaw pod postem namiary na swój wirtualny świat (blog, strona, konto na fb, cokolwiek). Z chęcią wpadnę do Ciebie przy porannej kawie lub wieczornej herbacie :)

 Moje skrzywienie zawodowe sprawia, że muszę wiedzieć. Wiedzieć co się dzieje wokół mnie i w sprawach mnie dotyczących. Dlatego systematycznie sprawdzam informacje odnośnie życia gminy, wydarzeń i działań mogących pośrednio lub bezpośrednio wpłynąć na nasze życie. Regularnie odwiedzam stronę urzędów i czytam informacje zawarte w BIP.
Tak już mam, lubię wiedzieć co w trawie piszczy. Dzięki temu dowiedziałam się, że 23 lutego w mojej wsi odbędą się wybory na sołtysa. Myślę sobie, kurcze ale jak to nikt nic nie mówi, cisza jak makiem zasiał, żadnej informacji na tablicy... 

23 lutego około 15tej dzwoni jeden z moich ulubionych sąsiadów z informacją, że wybory o 18tej i czy idę... dodatkowo informuje mnie, że będzie tylko jeden kandydat (tu pada nazwisko) i że oni wszyscy (kto dokładnie nie wiem, jakiś byt zbiorowy ;) zamierzają na niego glosować... 
Agitacja wyborcza, to jet to ;) Odpowiadam, że wszystko okaże się na miejscu i zobaczymy co i jak. Czekam na męża umówieni jesteśmy, że zdąży wrócić z pracy i we trójkę wybierzemy się na nasze pierwsze wiejskie zebranie :). Pierwsze nie dlatego, że jesteśmy ignorantami i na nie nie chodzimy, po prostu pierwsze z może 3 zorganizowanych w ciągu 2 lat, o którym w porę się dowiedzieliśmy.

Godzina 18ta, wchodzimy do naszej wybudowanej za ponad milion świetlicy, wszyscy już są. Kandydat na sołtysa z kwiatami w ręce...Zasiadamy i czekamy. Przyzwyczajeni do obyczajów wielkomiejskich, znający procedury wyborcze od podszewki nie wierzymy własnym uszom i oczom... Lista obecności jest, ale nikt dowodów nie sprawdza każdy sam się wpisuje. Czyś z tej czy nie tej wioski nie ważne. Za stołem na środku sali siedzi Pan Burmistrz, jego zastępca, Pani Sołtys  i jakiś Pan z gminy od papierkowej roboty. 

Zaczynamy, wybieramy przewodniczącego obrad... nikt się nie zgłasza, albo zgłosić nie zdąża gdyż Pani Sołtys wyznacza mojego męża, który cóż odmówić nie może ;) Zebranie trwa, dochodzimy do zgłoszenia kandydatów, zgłasza się jeden. Zanim rozpocznie się głosowanie, kandydat dziękuje z kwiatami w ręce Pani Sołtys za kadencje... Brak kontrkandydatur.... po sali przechodzi pomruk, że ja to jeden kandydat to co to za wybory. Że po co głosowanie, jak wiadomo kto sołtysem zostanie...Nikt nikomu nie tłumaczy, że jak im się nie podoba mogą głosować na nie. I będą następne wybory... Wnoszę inicjatywę, żeby może kandydat nam się zaprezentował, powiedział coś o sobie i swoim "programie". Na co słyszę odpowiedz, ze uczyni to po wyborach! Cóż, za pewność wygranej :D
Głosujemy, niby na kartach, niby tajnie a jednak każdy każdemu w kartę patrzy. Sołtysem zostaje Pan Kandydat na 50 wyborców 48 za 2 przeciw...

Wybieramy Radę Sołecką - propozycja kandydatur... proponuje kto? Pan Sołtys! I panią taką i panią taka i śmaką... Tu się miarka mojej tolerancji wobec BRAKU POSZANOWANIA DEMOKRACJI przebrała, wyciągam rękę i zgłaszam swoją kandydaturę. Na co słyszę kilka głosów, tak tak Iza koniecznie ( miło ). Radnych ma być 5, mamy 6 kandydatów. Głosujemy. Mam świadomość, że moje szanse są niewielkie, tymczasem wyniki:
Kandydat nr 1 42 na 47 ważnych, Ja 44 na 47, Kandydat nr 3 44/47, Kandydat 4 nr 44/47, Kandydat nr 5 44/47 i Kandydat nr 6 17/47. 

Tym sposobem zostaję członkiem Rady Sołeckiej i jak się okazuje również jej sekretarzem. I uwierzcie mi ani o tym wcześniej nie myślałam, ani tego nie planowałam. Samo wyszło... ku mojemu w gruncie rzeczy dużemu zaskoczeniu. Bo jak już pisałam tutaj, nie znam wszystkich mieszkańców mojej wsi, część z nich widziałam pierwszy raz właśnie na zebraniu. Jestem dużo młodsza od większości z nich i co najważniejsze mieszkam tutaj 2 lata. Niemniej jednak wybory te pokazały, że nie taka skostniała i zatwardziała ta nasza wiejska społeczność. Może moi sąsiedzi oczekują zmian, a może wcale za obcą mnie nie uważają? Mnie to bardzo cieszy, zawsze można narzekać że nic się nie dzieje, że polskie wioski się nie zmieniają, etc. Czasami jednak można spróbować coś zrobić i złapać byka za roki ;) Mam już kilka pomysłów w głowie. Rada Sołecka fajna, Pan Sołtys człowiek na poziomie... już nie mogę się doczekać!

P.S W mój nieco przydługi elaborat włożyłam dla umilenia czytania zdjęcia tegorocznych zwiastunów wiosny. Tak, tak moi drodzy u nas kwitną już krokusy!
Dziś temat rzadko poruszany i tutaj i na innych stronach życiu na wsi poświęconych.

Sielsko + anielsko = wiejsko

Takie równanie wychodzi mi zawsze kiedy czytam o życiu na wsi, czy to na blogach czy w czasopismach. No i cóż jest to prawda, sama doświadczyłam jej wielokrotnie, posiadam niezbite dowody.... ale. No właśnie jest jedno ale, a może i więcej. Jak od każdej reguły/zasady tak i tutaj wyjątki być muszą.

DUŻO
 
Dziś (będąc mamą trzy miesięcznego szkraba) widzę ich więcej, niż jeszcze kilka miesięcy temu. Zacznę od spraw bardziej ogólnych, każdego dotykających. Przede wszystkim na wsi jest dużo, dużo więcej pracy. Ktoś powie ok, ale praca jest fajna... no tak zgoda jest, ale... Ale jeżeli widzisz jej koniec i nie musisz zaczynać od początku kiedy właśnie do końca się zbliżyłeś. Czasami myślę sobie, że moja wewnętrzna potrzeba ładu, harmonii, porządku i symetrii bardzo tutaj cierpi. Kiedy musisz opanować prawie 80 arów dzikiej przyrody, trawy, kwiecia, drzew, owoców i warzyw... uczestniczysz w the never ending story... Możesz sobie wypruć flaki od rana do wieczora kosząc, pieląc, nawożąc, przycinając, plewiąc, grabiąc... i nigdy nie będziesz zadowolony. Ponieważ nigdy nie nadejdzie ta chwila kiedy z herbatą w ręku usiądziesz w ogrodzie i spojrzysz nań zadowolony/a z myślą "no to po robocie". W zależności od stopnia ukończenia pracy będzie cię gryźć mniejsze lub większe poczucie niedosytu.


Pamiętam siebie mieszkajacą w mieszkaniu, w dolnośląskiej stolicy. Sobota była moim ulubionym dniem. Od rana mogłam sobie sprzątać, podlewać kwiatki, zamiatać korytarz, pichcić, piec placki, wyskoczyć do warzywniaka, a wieczorem miałam jeszcze czas i siłę na obejrzenie filmu lub wyjście z Lubym do kina. Wszystko zamykało się w tym jednym dniu. Dziś zamiast 50 m, mam 160, zamiast kawałka zieleni - 80 arów. Większa powierzchnia = więcej czasu potrzebnego na jej oporządzanie. Niby logiczne, ale w praktyce mocno zaskakujące ;)

DALEKO

Kolejna oczywista, oczywistość - odległości. I znowu to co cieszy (droga do Jot. prowadzi tylko do Jot. i nigdzie się stąd nie dojedzie), bywa powodem utyskiwań. Prawda, prawda, mamy samochód i wszędzie dojechać możemy, ale już wyjść na spacer na lody czy do wspomnianego wyżej warzywniaka NIE. Do najbliższego sklepu 4 km, więc pozostaje rower  - no ale nie z niemowlakiem;). Daleko nam do przyjaciół, do rodziny. Jeździmy, dojeżdżamy i mamy się dobrze, jednak tęskno czasami za pójściem piechotą do restauracji lub na pizze. Aby zminimalizować te niedogodności rozglądam się za własnym wehikułem ;)

Z powyższego wynika nam coś jeszcze, czego się w zasadzie nie spodziewaliśmy - MAŁO NAM NAS! Zwyczajnie widujemy się krócej niż mogło by to mieć miejsce np. w mieście. T. wyjeżdża do pracy (50 km) o 6:30, w domu jest najwcześniej o 17:30, jeżeli po drodze robi jeszcze zakupy o 19:00. Och! Jak ja za nim czasami tęsknię. Tak zwyczajnie, za mało mamy czasu dla siebie i ze sobą.


Odległości zmniejszają też pole wyboru. I to w szerokim tego słowa znaczeniu. Mi najbardziej dało się to we znaki kiedy zapisywałam Maję do pediatry. Niby mamy wolny wybór, jednak rejonizacja w praktyce dalej obowiązuje. Nie zostałam zapisana do przychodni, którą wybrałam ze względu na jakość świadczonych w niej usług, bo co? Bo bliżej mnie jest inna i nie ważne, że mało miasteczkowa - z dwoma lekarzami na krzyż i brakiem wizyt domowych. Ważniejsze, że o kilka kilometrów bliższa od tej którą wybrałam. Efekt? Za wizyty domowe muszę płacić lekarzowi który w tej przychodni pracuje. To ograniczenie wyboru dotyka tym bardziej im dalej od dużego miasta mieszkasz. Ja do dużych ośrodków mam po 50 km i tego nie przeskoczę, muszę wybierać w tym co na miejscu. A nawet to co na miejscu okazuje się nie zawsze dla nas dostępne. Bo np. nikt nie dowiezie nam pizzy 10 km w jedną stronę ;)

Tyle na dziś... ciąg dalszy nastąpi...

Przypominam o Jesiennym Candy i zapraszam do udziału.

Od kilku dni mamy prawdziwe przedwiośnie! Temperatura oscyluje około 10, świeci piękne słoneczko, a niebo bezchmurne. Taka pogoda pobudziła do życia nie tylko rośliny w naszym ogródku. Są już tulipany, krokusy, narcyzy, żonkile....


Również krety ryja na potęgę, biedronki wygrzewają się na nasłonecznionych ścianach, a ptaki dają pierwsze koncerty! Trudno aż uwierzyć, że my tu wiosnujemy, a wschodnia cześć kraju zimuje. W takich chwilach niezmiernie ciesze się, że mieszkam w najcieplejszym rejonie.



My też obudziliśmy się z zimowego letargu i złapaliśmy narzędzia ogrodnicze w dłonie. Weekend rozbrzmiewał nam więc ptasim trelem, odgłosem piły, sekatora, zapachem wiosny i palonych gałęzi. Sezon ogrodowy 2014 uważam za rozpoczęty. Całą ekipą ruszyliśmy oczyszczać stary, zarośnięty staw przydomowy, docelowo nasz nowy staw kąpielowy. Było pięknie i energetycznie. To są te chwile, kiedy nawet ciężka praca nie męczy a daje siłę i ładuje baterie na cały tydzień.




Dokonaliśmy tez pierwszych cięć starych, poniemieckich jabłoni w naszym sadzie. Pierwsze cięcie delikatne, żeby za nadto nie przesadzić. Sukcesywnie co roku przycinać będziemy nasze staruszki, aby jeszcze długo rodziły nam pyszne jabłuszka, których odmian już nigdzie nie dostaniemy.

Ten ruch wiosenny, dał początek lawinie wiosennych zmian... jak roztopy po zimie, wszystko ulega przeobrażeniom. Ale o tym w następnym poście...

Jestem wieśniaczką! Jestem z tego dumna! Haha... śmieszne ale jakże prawdziwe ;)

...dzwoni telefon, na wyświetlaczu Tata...halo.... Tata: no jak tam wieśniaczka żyjesz...


Takie telefony odbieram nie tylko od swoich rodziców. Sądzę, że nie każdy tak naprawdę wierzył w naszą przeprowadzkę. Wcale się temu nie dziwię. Zabawę w wieś na serio zaczęliśmy może z 5 lat temu, początkowo kształciliśmy się ogrodowo, oczyszczaliśmy, wycinaliśmy, sadziliśmy, etc. Później, jakieś 2 lata do tyłu, przyszedł czas na dom... trwa on do dzisiaj... W tym okresie spędzaliśmy na wsi niemal każdy weekend i dłuższe pobyty urlopowe. I tak chyba części słuchaczy naszych opowieści myślało, że będzie zawsze, że weekendowo, że taka dacza na wsi... a tu mieszkają i nawet nie narzekają, i dojazdy nie straszne i nuda nie doskwiera...

Pierwsze tygodnie życia tutaj nasuwają wiele spostrzeżeń. Aby nie było tak sztampowo, że tylko sielsko i anielsko, zacznę od tych mniej oczekiwanych i mniej pożądanych.
Nie jestem perfekcjonistką, ani też pedantką, może i miewam napady owych skłonności ale raczej krótkotrwałe. Jednak nie jest mi na rękę, że nasz dom brudzi się w zastraszającym tempie, najgorzej mamy z podłogami... piasek, kurz, etc. No normalnie ze szczotą bym wiecznie latała...
W swojej naiwności sądziłam, że większy metraż to i mniej brudzić się będzie... nic bardziej mylnego. Nadzieję na poprawę sytuacji upatruję w ganku i tarasie, dzięki którym nie będziemy prosto z piasku, lub trawy wchodzić do domu i może pozostawimy część brudu na owych przyległościach...


Muchy! O zgrozo... chów zeszłoroczny, a może i jeszcze starszy... Mieszkały sobie na strychu, spokojnie nic nikomu nie wadząc, a tu się ludzie za strych zabrali. Nie dość że otworzyli go na niższe kondygnacje to jeszcze dach zmienili, wełną i folią izolacyjną wszystkie dziury pozatykali... Nie było problemu kiedy w śnie zimowym ciepło było i selekcja naturalna wystąpiła w znikomym procencie. Jednak teraz słońce w okna świeci i na strychu ciepło. Do życia się toto obudziło i wydostać nie może. W związku z czym lata i bzyczy i na dolne piętra zapuszcza bezczelnie. Bezrozumne też jakieś, bo jak okna otwieram, nie wie co ma z tym faktem począć i bezradnie obija się o szyby... Więc wyboru wielkiego nie mając, sukcesywną eksterminację odkurzaczową przeprowadzamy.

Nosi mnie...tak nosi mnie i wodzi mnie...spoglądam za okno.. och pograbiła bym, poprzycinała coś psadziła.... i tak stale w ogrodzie siedziała. A tu i dom ogarnąć trzeba, pranie zrobić i obiad, do rodziny w gości się wybrać... e tam ja wolę w ogrodzie...

I tak oto zamieniam szpilki, w których biegałam po mieście na kalosze, w których brodzę po ogrodzie.
Nadejszla wiekopomna chwiła...

Dzisiejszy poranek już na wsi. Siedzę, piję kawkę i nacieszyć sie nie mogę, że to już! Z drugiej jednak strony nadal nie dociera to do mnie w pełni.


Większość naszego dobytku już na miejscu, pozostały najwyżej trzy kursy żeby sprowadzić resztę.

Jak widać na załączonych zdjęciach nie wprowadzamy się na warunki w 100% wykończone. Nadal brakuje nam mebli kuchennych, a większość pozostałych to zaadoptowane na nowo i nowo zaaranżowane wieloletnie sprzęty, które wykorzystywała jeszcze moja Babcia. Jednak nie chcieliśmy czekać aż wszystko będzie dopięte na ostatni guzik i postanowiliśmy wraz z nadejściem wiosny, zacząć życie tutaj.



Ostatnie dwa tygodnie to dla mnie istny maraton: pakowanie, podróże, rozpakowywanie, próba zagospodarowania przestrzeni i pomieszczenia wszystkiego w znikomej ilości mebli. W tym całym rozgardiaszu myśl o Świętach, które na szczęście spędzamy na wyjeździe, bo na świąteczne domu przygotowania nie mamy zwyczajnie czasu.


Na razie tyle, tak na szybko, po Świętach obszerniejsza relacja...
Zapadła decyzja. Przeprowadzamy się. Przeprowadzamy zupełnie poważnie, na pewno nie na żarty i to już wkrótce. Na przeprowadzenie całego naszego "dobytku" mamy miesiąc. Zaczęliśmy już dziś i pierwsze kartony pojechały do Jot. Wszystkie nasze papiery z uczelni i książki zapełniły już regały w biblioteczce. Tworzę harmonogram przeprowadzki. Poczynając od tych rzeczy których nie używamy codziennie (książki, wiosenne i letnie ubranie, walizki, roboty kuchenne etc. ) po ostatnie z ostatnich czyli nasza florę i faunę. Większość przewiezie skodzina z bagażnikiem niczym worek bez dna.  Do szafy i terrarium znajdziemy coś większego. Może jeszcze przed świętami opuścimy obecne M2 na rzecz spełnionych marzeń o domu na wsi.

No właśnie z tymi marzeniami to bywa różnie, póki pozostają marzeniami dziarsko przemy do ich realizacji, kiedy zaczynają się iścić ogarnia nas lęk. Przynajmniej mnie ogarnia. Nie jakiś tam wielki i paraliżujący, ale jednak lęk przed zupełnie nowa dla mnie sytuacją, przed nieznanym. Czy dam sobie radę? Czy dbanie o duży dom i jego jeszcze większe obejście mnie nie przerośnie? Mieszkając na wsi trzeba być nie lada strategiem. Czynić plany, listy, wyprzedzać wydarzenia i planować na kilka dni do przodu. Trzeba mieć również dużo samozaparcia i po prostu lubić ją - wieś z całym inwentarzem.

I w całym tym bogactwie różnorodnych okoliczności znajdę się ja - dziewczyna z miasta, zawsze w mieście mieszkająca, przyzwyczajona do sklepu za rogiem i apteki pod blokiem, do tego że wszystko pod ręką i wszędzie blisko. A przede wszystkim mocno ceniąca sobie możliwość dokonywania wyborów. Wybieram i przebieram, mam swój ulubiony warzywniak i mięsny, ulubionego fryzjera i szewca, ulubiony Kościół i Mszę Świętą, w mieście mogę wybrać to co mi odpowiada, na wsi już nie. Tam będzie jeden Kościół i jeden ksiądz na kilka wsi w promieniu 10 km, po wybór mogę jechać do miasta (10 km), cóż pewnie dużo czasu upłynie zanim znajdę znowu swoje ulubione "miejsca".

Wiem, że aklimatyzacja to proces, a więc jak każdy proces wymaga czasu. Myślę więc o tym co dobrego nas czeka. A czeka cisza - do której tęsknię, przestrzeń - której brak powoduje że zaczynam się dusić, przyroda - od której oderwanie  negatywnie odczuwa mój organizm... no i dom - miejsce, do którego zawsze tęskniłam i o którym marzyłam od dzieciństwa...

Tak więc maszyna ruszyła... mam nadzieję, że za miesiąc od dziś pisać będę już z Jot.