Follow my blog with Bloglovin
Tegoroczna jesień zachwyca mnie niezmiernie. Takiej ferii barw, odcieni i koloru dawno nie było. Sama nie wiedziałam, że pomarańczowy może istnieć w aż tylu wariantach. Podobnie z żółtym. Tymczasem przyroda zaskakuje i oczarowuje mnie ogromnie. Podejrzewam, że dzięki tegorocznemu latu, gorącemu i słonecznemu, możemy teraz podziwiać tą paletę barw. Pięknie nam lato pokolorowało i drzewa i trawy i krzewy. Nawet w słotne dni wygląda to pięknie i rozwesela ponury krajobraz.


Tymczasem u mnie w domu fiolety, czerwienie, wrzosy, pomarańcze. Mocne, soczyste, pełne kolory. Zarówno w tekstyliach, jaki i własnoręcznie zrobionych dekoracjach. Przyznam się od razu, że nie należę do osób mogących w każdym sezonie wydać fortunę na nowe dekoracje. Pomimo tego, że różne dodatki krzyczą do mnie z wielu sklepów - kup mnie, Ja nie daję się ponieść zakupocholizmowi i mówię NIE. Sprawa ma się jednak zupełnie inaczej kiedy idę do ogrodu, czy na spacer. Mijam piękne, różane owoce, cudowne głębokie kasztany, dorodną jarzębinę. I kiedy wszystkie one krzyczą weź mnie ze sobą, nie jestem w stanie im odmówić ;) Zbieram więc napotkane skarby, zabieram ze sobą i tworzę twory przeróżne, wykorzystując to co mam akurat pod ręką. Najczęściej są to wazony, klosze, słoiki, weka, stare dzbanuszki. Tak powstały również tegoroczne dekoracje.


W pierwszej kolejności zapraszam Was do salonu. Rozsiądźcie się wygodnie. Fiolet, wrzos, dynia i patison przywitają Was od stołu, rozpalimy kominek i ogarnie nas przyjemne ciepło. Na kominku dekoracje z kasztanów, róży i łupinek kasztanowych. Proste, tanie, oryginalne. Świeczniki powstały w pięć sekund. Na starych pokrywkach od słoików WEKA postawiłam świeczki, obok nich poukładałam kasztany oraz łupiny od nich. W gotowy wianek zakupiony kiedyś za grosze powtykałam owoce dzikiej róży. Całość prysnęłam lakierem, aby ładnie się świecił i dłużej pozostał "jędrny" :) Na stole znajdziecie lampion z okrągłego wazonu, do którego włożyłam starą, mocno wypaloną świeczkę i obłożyłam na przemian szyszkami świerkowymi i jarzębiną.




Z salonu przejdziemy do przedpokoju. Na ławeczce pod schodami rozsiadł się rogacz, w towarzystwie koronkowych poduszek. Na komodzie postawiłam wazon, a w nim kwiaty pora i dębowe liście. 



W kuchni królują dynie. Ich pomarańczowy, intensywny kolor zdecydowanie ożywia beżową kuchnię i dodatki.






Idzie jesień. A może już tutaj jest? Tegoroczna susza znacząco ją przyśpieszyła. Ostatnio porównywałam zdjęcia z ubiegłego roku, z tym co mamy dziś. Bez wątpienia mamy późny październik. I tylko temperatury nadal letnie. Chociaż poranki i wieczory już chłodne.


Idzie jesień. Poczułam ją w kościach. Długie cienie, pomarańczowe promienie, zamknięte okna na noc, rześkie powietrze nad ranem. Łyse lipy, opadające liście dębów, puste, zaorane pola. Poczułam ją i zabrałam się za jesienne przygotowania. Lubię tą porę roku, zresztą odkąd mieszkam tutaj lubię każdą porę, bo każda jest piękna, inna, wyjątkowa. Na każdą czekam i witam z radością. Podobnie jest i teraz. Cieszę się na grabienie liści, zapach dymów z ognisk, spadające kasztany, brodzenie w opadłych liściach. Uwielbiam jesienną przyrodę i jej zamgloną aurę. Ale lubię też dom i nasze domowanie, do którego rozpoczęłam już przygotowania.


Każdą porę roku witam domowymi porządkami. Myję okna, wyganiam pajączki, przeglądam szafy i szuflady. Wynoszę na strych to co poczekać musi do przyszłego lata, znoszę zaś ciepłe swetry i jesienne gadżety dekoracyjne. Lubię te porządki. Czuję się wtedy jakbym zaczynała od nowa, nowy rozdział. Wymiatam stare, niepotrzebne tworząc miejsce nowemu, wpuszczając nową energię. Takie porządki oczyszczają nie tylko przestrzeń ale i myśli oraz duszę. Dają czas na refleksję, przemyślenia, spojrzenie wstecz i zastanowienie nad tym co dalej. Jednak w przeciwieństwie do wiosny i lata, energia jesieni nie zmusza do biegu, nie każe wymyślać i realizować tysiąca projektów. Pozwala spokojnie i powoli żyć i cieszyć się każdą chwilą. Zatem pomiędzy sprzątaniem kolejnych pomieszczeń, dopieszczaniem zakątków i pierwszymi jesiennymi dekoracjami, popijam niespiesznie kawę z mojej muchomorowatej filiżanki i zajadam jabłecznik.



 Moja jesień ma kolory fioletu i czerwieni, jakoś z nimi mi w tym roku po drodze. Wieczorami zaś, zaszywam się pod ciepłym pledem z herbatą karmelową i czytam. A może polecicie jakieś przyjemne, jesienne czytadło? Co tam u Was na półkach teraz gości?
Tylko patrzeć jak zacznie trzaskać ogień w kominku, a nam dowiozą nową porcję węgla na zimę.


P.S Zdjęcia z ubiegłorocznej jesieni ;)
Jest takie miejsce, w którym sen przychodzi łatwo i zawsze jest przyjemny. Jest takie miejsce, w którym "dzień dobry" nabiera głębszego znaczenia. Jest takie miejsce, w którym miło schronić się na poobiednią, letnią drzemkę. W chłodzie przyciemnionego zasłonami światła, w kwiecistej pościeli, na koronkowych poduszkach wypoczywa się cudownie. Zapraszam Was dziś do naszej sypialni. Miejsca, które jest naszym azylem, naszą w 100% prywatną przestrzenią, która w obecnej chwili dzielimy z naszą córcią i jak widać na załączonych zdjęciach z naszym żywym inwentarzem ;)





Sypialnia to pierwsze pomieszczenie które urządziliśmy. W założeniu miała być klimatyczna, z nutką romantyzmu i kobiecości. Białe meble i stonowane biszkoptowe ściany dają pole do popisu w dekoracjach. Z którymi jednak nie przesadzam. Gdzie jak gdzie, ale tutaj ład, harmonia i porządek są bezwzględnie wskazane. Dlatego do dekoracji służą głównie cięte kwiaty z ogrodu i kwieciste pościele. Delikatne zasłony, z białej bawełny lekko przesłaniają światło, dając przyjemny półcień. 





Chociaż zdaję sobie sprawę, z obecnie panującej mody na łączenie różnego stylu w jednym wnętrzu. Starałam się aby wszystko do siebie pasowało. Zasłony do abażurów, mebli i dywaników, chromowane elementy wykończeniowe w postaci karniszy, stelażu lamp, uchwytów w szafkach i komodach, oraz ramkach i świecznikach.

Prawie trzydzieści metrów kwadratowych przestrzeni nie tak prosto zaaranżować. Samo łóżko i szafki nocne nie wystarczą. Dobór mebli i ich ułożenie musi odpowiednio "zapełnić przestrzeń", aby z jednej strony nie pozostawić poczucia pustki, z drugiej nie przytłoczyć nadmiarem elementów.
Jeszcze wiele pozostaje do zrobienia. Przede wszystkim musimy odnowić stare, poniemieckie drzwi, podobierać resztę dodatków i wyprowadzić córcię do jej własnego pokoiku ;)



Tak jak obiecałam, dziś pokażę to co udało nam się zrobić przez ostatnie tygodnie. Na kolory naszych wnętrz komunikacyjnych i kuchni wybraliśmy dwa odcienie szaro - ziemiste oraz jasną wanilię. Kolory są w tej samej tonacji i podobnie ciepłe. Nie są to gołębie, zimne szarości, a ziemisto, brązowe ciepłe odcienie. Dzięki nim zapanowała harmonia i ład. Zależało nam na tym żeby ujednolicić kolorystycznie te pomieszczenia ponieważ stanowią otwarte przestrzenie, przenikają się i odcinanie ich kolorami wprowadziło by niepotrzebne zamieszanie.


Kolejną pracochłonną i dosyć uciążliwą kwestią było kafelkowanie. Na fachowca czekaliśmy prawie cztery miesiące, bo zawsze miał jakąś robotę, a dla dwóch metrów kwadratowych nie opłacało mu się jej przerwać. Nic to.... najważniejsze, że się w końcu doczekaliśmy, a Pan Kafelkarz okazał się całkiem dobry w swojej dziedzinie.


Na koniec, długo wyczekiwany zlew. Chcieliśmy zlew biały, pasujący do koncepcji kolorystycznej kuchni. Jest biała płyta, biały piekarnik, to i zlew musiał być taki. Niestety nie tak łatwo znaleźć to co się chce, w cenie którą się akceptuje. Na początku myśleliśmy nad konglomeratem granitowym, jednak tu z odcieniami też jest problem, a ceny dosyć wysokie (jasne odcienie, w tym biały od ponad 700 zł). Po zgłębieniu tematu, okazało się że konglomeraty wcale nie takie fajne, bo np. odcedzać makaronu czy kartofli w nich nie można ( za wysoka temperatura), rozgrzanego garnka włożyć do zlewu tez nie można, wiec kiepska sprawa... Ponoć najlepsze zlewy ceramiczne, no to super! Ceramiczny, biały, w rozmiarze 50... i tu zonk.... oczywiście są, ale kosztują 2000 zł! sic! Znaleźliśmy jeden, bardzo, bardzo fajny z firmy na I... niestety niby na szafkę 60, pojechaliśmy zmierzyliśmy, uwzględniliśmy 4 cm naszego blatu i wyszło nam że wejdzie. Kupiliśmy z myślą o ewentualnym zwrocie gdyby na miejscu okazało się, że jednak nie. Przyjechał Tata, zabrali się z T. do pracy, wyliczyli że wejdzie, dziurę w blacie wycieli, szafkę pod zlew wkładają i zonk nr 2... nie wejdzie... ale od czego są złote rączki. Ostatecznie się udało i tak oto cieszy nas on bardzo, zwłaszcza że wszelkie prace kuchenne zamykają się już w kuchni i nie wędrują siłą rzeczy do łazienki.


Dziś oczekuję również kuriera z przesyłką w postaci okapu, który mam nadzieję zamontujemy w sobotę wraz z pozostałą częścią listew przypodłogowych i tym sposobem etap pod kryptonimem KUCHNIA zostanie zakończony. Swoją drogą ciekawi Ci kurierzy... zawsze maja problem żeby do nas dojechać i ze skwaszoną miną przyjmują do wiadomości, że nie! nie mogę podjechać 10 km w jedną stronę do najbliższego miasta, żeby sobie od nich tą przesyłkę odebrać!

I jeszcze pokażę Wam, nasz kącik jadalniany w kuchni, który czeka na pomalowanie stołu, oczywiście na kolor mebli kuchennych :)




Plan został zrealizowany. Domek posprzątany i udekorowany świątecznie. Choinka również stoi na honorowym miejscu i rozsiewa żywiczno - piernikowy zapach.

Ostatnie dwa tygodnie były dla nas bardzo pracowite. W dni powszednie Ja walczyłam na froncie porządkowym: strych, piętro, parter. Mycie okien, odsuwanie mebli, czyszczenie żyrandoli, prontowanie drewna itp. W weekendy pracowali Panowie - Tata i Mąż. Dzięki temu udało nam się zamontować zlew w kuchni, wykuć dodatkowe gniazdka, pomalować kuchnię, przedpokój oraz klatkę schodową i przedpokój na piętrze, jak również zamontować cześć listew przypodłogowych. W weekend zawiesiliśmy karnisze i firanki w salonie, zakupiliśmy wielką choinkę i udekorowaliśmy świątecznie dom.

Ukrywać nie będę, że takie ekspresowe tempo dało nam wszystkim do wiwatu. Jesteśmy zmęczeni, ale i pełni satysfakcji bo wyszło bardzo, bardzo :D Co więcej naszej kuchni już oprócz okapu, który cały czas do nas dociera i dotrzeć nie może, nic do kuchni idealnej nie brakuje.

Teraz zwalniam tempo, wyciszam się wewnętrznie przy choince i świątecznych melodiach, przygotowując ducha do Świąt. W planie jeszcze pieczenie maślano - pomarańczowych ciasteczek z przepisu Ani, kutia i sałatka jarzynowa. Ale to już powoli i na spokojnie... A w weekend ostatnie prezenty i zapięcie wszystkiego na ostatni guzik. Natomiast od poniedziałku 16 dni wolnego!!! Będziemy świętować, odwiedzać rodzinę, odpoczywać i cieszyć się z bycia razem.

P. S więcej zdjęć obiecuję w najbliższym czasie :)
Chwilowo rozłożyło mnie przeziębienie, katar i ogólne osłabienie organizmu, zapewne przesileniem jesiennym spowodowane. Szczęśliwie złożyło się, że przyszło dopiero pod koniec jesiennych prac domowo - ogrodowych i z większością zaplanowanych działań udało mi się zdążyć, dzięki czemu mogę bezkarnie wygrzewać się pod kołderką.


Jesień przywitałam potężną dawką energii, tak mnie nosiło że domowe porządki poszły błyskawicznie. Mycie okien, zmiana zawartości szaf na jesienno - zimową, jesienne dekoracje. Wszystko to już za mną. Również ogrodowo jesteśmy na finiszu. Trzy z czterech naszych grządek warzywnych już posprzątane na sen zimowy czekają. Warzywa pokrojone i zamrożone, na zupy, sosy i inne pachnące pyszności. Dokonałam też (mam przynajmniej taką nadzieję) ostatniego w tym roku koszenia trawy. Ten rok był iście syzyfowy pod względem utrzymania trawnika. Wiele, wiele energii i czasu nas to kosztowało. Sezon wilgotny i trawa bujała w oka mgnieniu. Kolejnym zaplanowanym etapem prac ogrodowych  są rabaty kwiatowe. I tu właśnie utknęłam w połowie... cóż oby tylko szybko wróci do sił.


Tak jak każdą porę w tym roku, tak i jesień poznajemy na nowo - w nowym miejscu. I ukrywać nie będę, że w mieście łatwo ją przeoczyć, na wsi macha nam na każdym kroku. Zrobiło się pięknie żółto, wieczorami mgliście, świat pachnie opadłymi liśćmi, wypalanymi łętami, oraną przed zimą ziemią. Długie cienie, rozproszone słońce... no pięknie jest po prostu.


Jako że żyjemy lasem otoczeni, sezon grzybowy daje nam się we znaki w pełni. Zazwyczaj bezludny i spokojny las, tętni życiem... rejestracje z różnych części województwa - nawet nie wiedzieliśmy że w tak obleganym przez grzybiarzy miejscu mieszkamy. Na szczęście i w naszym prywatnym lesie grzybów pod dostatkiem, więc w walkę o brązowe kapelusze z przyjezdnymi się nie wdajemy.

A wieczorami: kominek, aromatyczna herbatka i ciacho ze śliwkami (w końcu dorobiłam się piekarnika ;)